Obudziłam się dziś bardzo wcześnie. Była może 6 rano, gdy do moich drzwi wejściowych ktoś niezapowiedziany zwyczajnie pukał, tym samym budząc mnie. Wstałam i zaspanym krokiem ruszyłam w ich stronę. Nim podeszłam wystarczająco blisko, drzwi sami mi się otworzyły, a w progu stanął Nathan.
- Ty idioto, przestraszyłeś mnie! Chcesz żebym zawału dostała?
- Widać, że ktoś się tu nie wyspał. - Zadrwił ze mnie, na co prychnęłam.
- Ciekawe czy ty byś się wyspał gdyby ktoś obudził cię o 6 rano. - Powiedziałam ze słyszalnym wyrzutem.
- Oj spokojnie.
~♥~
- Po co tu przyszedłeś?
- Chce cię gdzieś zabrać. - Wypalił nagle, a ja podejrzliwie spojrzałam na niego.
- Gdzie?
- Niespodzianka. - Odpowiedział tajemniczo. - Wierzysz już w magię?
- Nie wiem. To wszystko jest takie dziwne i w żaden sposób nie da się tego wytłumaczyć.
- Bo jest magiczne?
- Nie. Raczej psychiczne.
~♥~
Ubrałam się ciepło, ponieważ dziś także sypał śnieg. Chciałam ubrać swoje wysokie buty do dzisiejszej stylizacji, lecz chłopak upewnił mnie w przekonaniu, że lepiej abym ubrała coś na płaskiej podeszwie. Tak też uczyniłam. Z szafy stojącej na holu, wygrzebałam jasne kozaczki z tamtego roku. O dziwo były dobre, dlatego też w nich wyszłam. Nie mam pojęcia gdzie ten wariat chce mnie zabrać, ale jednak wolę się słuchać, bo coś czuję, że dobrze mi radzi.
~♥~
Aktualnie idziemy drogą, która prowadzi na obrzeża miasta. Ten fakt nieco mnie dziwi i zarazem martwi, ponieważ tam są tylko lasy. Co on planuje? Po około 30 minutach spaceru, doszliśmy do głównego wejścia do wnętrza lasu.
- Gdzie ty mnie prowadzisz?
- Spokojnie. Ufasz mi? - Nie ukrywam zaskoczyło mnie jego pytanie.
- Chyba tak. - Odpowiedziałam niepewnie.
- Nie masz powodu do obaw. Chodź.
Ruszyłam chwiejnym krokiem za nim. W głowie ciągle miałam natłok myśli, nie mogłam skupić się na jednej czynności przez to.
- Dobrze się czujesz? - Spytał zmartwiony chłopak spoglądając na moją twarz.
- Tak, jest dobrze.
- Już niedaleko. - Zapewnił i szliśmy dalej. Zaczynało mi się to już nudzić, gdy w okołu nie widziałam nic szczególnego, jedynie wielkie skupisko drzew.
- Jesteśmy. - Po około 10 minutach marszu, usłyszałam to słowo, przez co jeszcze bardziej dokładnie rozejrzałam się.
- Przecież tu nic nie ma. - Stwierdziłam nagle. Chłopak uśmiechnął się na te słowa i zachęcił abym ruszyła za nim. Tak też zrobiłam. Nathan kierował się w stronę "luki" pomiędzy dwoma drzewami, co wydawało mi się dość normalne, bo przecież pełno takich miejsc w lesie. Aczkolwiek nienormalne było już to iż chłopak najzwyczajniej w świecie nagle zniknął. Wyglądało to jakby wszedł w tajemny tunel, który jest niewidoczny dla innych.
- Idziesz? - Dobiegło mnie ciche echo dokładnie z tego miejsca. Chwila zwątpienia od razu minęła, gdy pomyślałam sobie, że przecież nie mam nic do stracenia. Podeszłam do tego samego miejsca, co wcześniej mój towarzysz i zamknęłam oczy, ponieważ jasność jaka biła w momencie kiedy w to weszłam, nie pozwoliła mi nawet otworzyć oczu. Przez chwilę czułam się taka lekka, jakbym nie istniała. Jednakże to uczucie minęło kiedy tylko znalazłam się nagle na jakiejś ulicy. Nie znam tego miejsca. Obok mnie przeszli inni obywatele, ale nie wyglądali oni na tych, których widuję codziennie. Rozejrzałam się uważnie w poszukiwaniu Nathana.
- Gdzie my jesteśmy?
- Po drugiej stronie. - Odpowiedział spokojnie. Wszyscy patrzyli się na mnie jakby mnie już znali, a ja każdego z nich widzę po raz pierwszy.
- Czemu ci ludzie tak się na mnie patrzą? - Zapytałam chłopaka, ponieważ krępowało mnie to.
- Mówiłem już. Każdy cie tu kojarzy.
- Myślałam, że żartujesz z tym. - Odparłam nieśmiało. Czyli, że mnie tu zna każdy, a ja nikogo? I gdzie tu sprawiedliwość? Nim się obejrzałam Nathan był już kilka metrów przede mną, przez co musiałam do niego dobiec. Jeszcze zgubię się tutaj i co wtedy pocznę? Chłopak zaprowadził mnie na tutejszy rynek. Różnił się on od naszego zwykłego centrum, jedyne podobieństwo widziałam w tym iż tutaj także były sklepy. Jednakże w tym miejscu wyglądało to całkowicie inaczej. Sklepy były opatrzone w rzeczy oraz przedmioty, których nie znajdziecie w naszym świecie. Między innymi można było tu kupić różnego rodzaju i zapewne także pochodzenia, różdżkę, latającą miotłę, mnóstwo ksiąg jak myślę z zaklęciami, mikstury, proszki, amulety, talizmany, nasiona, czy nawet aureole. Na budynkach widniały różne szyldy, typu maggaria, która jak się dowiedziałam była odpowiednikiem naszej zwykłej księgarni. Wszystko tutaj było takie inne, dosłownie jak z bajki, dlatego też trudno mi uwierzyć, że to dzieje się na prawdę.
- Zdziwiona? - Dobiegł mnie głos chłopaka obok. Pokiwałam twierdząco głową.
- To wszystko jest takie... niewytłumaczalne, takie magiczne.
- Dlatego też to miasto magii. - Dopowiedział i uśmiechnął się smutno.
- Co to za wyraz twarzy?
- Jaki? - Udawał, że nic się nie stało.
- Posmutniałeś.
- Masz rację. - Powiedział i kontynuował. - Ten świat to moje całe życie, urodziłem się tu, wychowałem... a teraz? Gdy nadejdzie "zły Pan" wszystko co teraz jest tu widoczne straci swój blask i urok. Zawładnie ciemność i tylko ona będzie tu na wieki.
- Nie ma sposoby, aby tego uniknąć?
- Jest. - Potwierdził moje przypuszczenia. - Ty jesteś naszą jedyną nadzieją.
niedziela, 18 grudnia 2016
sobota, 10 grudnia 2016
Rozdział 10
W jednej chwili stałam w środku płomieni. Całe "obrzeża" tego "kwadratu" posiadały ścianę z żywego ognia. Rozejrzałam się gwałtownie dookoła szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki. Niestety, nie ma stąd wyjścia.
- Kim wy jesteście? - Zaczęłam krzyczeć spanikowana, aczkolwiek żaden z nich nawet nie otworzył ust, aby wypowiedzieć jakiekolwiek słowo do mnie. Wszyscy stali jak nie ludzie... a może to nie są ludzie?
- Co się tu dzieje? - Kolejne pytanie w ich stronę i kolejna głucha odpowiedź. Z początku myślałam, że to głupi żart, jednakże teraz już wiem, że ta sytuacja nim wcale nie jest. Bałam się. Czułam tak okropnie potężny strach, jak jeszcze nigdy. Co to ma wszystko znaczyć? Co ja tu robię? Co oni tu robią? Dlaczego akurat ja? Setki pytań na sekundę.. szkoda tylko, że odpowiedzi zero.
Ogień był coraz bliżej mnie, nie wiedziałam co mam robić. Głos w głowie krzyczał, abym uciekała. Tylko gdzie? Prosto w te płomienie, żebym się zabiła? To niedorzeczne. Ratując siebie, zabić się. Totalny absurd.
Ogromne ciepło, a raczej gorąc czułam już na swoim ciele. Zaczynało mnie to wręcz parzyć. Zadziwiające, jak szybko ogień się rozprzestrzenia. Zaskakujący jest również fakt, że wspomniany wcześniej żywioł płonie na ścieżce, która jest cała pokryta lodowatym śniegiem. Robi mi się duszno, czy moje szanse na przeżycie są nikłe? Nie chce tak skończyć. Kaszle, co sugeruję, że bardzo brakuje mi świeżego powietrza. Kucnęłam zakrywając drogi oddechowe od tego wstrętnego dymu, który wdychałam prosto do płuc. Schowałam twarz w "nogach", zginając się w połowie. Nie mam już siły, nawet, aby ustać na własnych nogach.
Nagle poczułam czyjąś dłoń na sobie przez co wzdrygnęłam się i spojrzałam w tym kierunku.
- Wstawaj. - Przede mną stał Nathan pomagając mi wstać z ziemi.
- Jak ty tu.. jak to możliwe? - Nie mogłam się nadziwić jak on się dostał do środka ognia.
- Nie ma teraz na to czasu. - Posłusznie wykonałam jego polecenie, po czym ruszyłam za nim. Kolejna zaskakująca rzecz. Gdy popatrzyłam na ogień przed nami, dziwnym trafem już go nie było. Powstała szpara przez którą spokojnie wydostaliśmy się z tej pułapki. Jak już będzie po wszystkim, muszę z nim poważnie porozmawiać, bo oszaleje.
- Biegnij. - Powiedział i sam również zaczął biec ile sił w nogach. Problem tylko w tym, że w moich to trochę słabo z tą siłą. Biegliśmy już spory kawał drogi, a Nathan cały czas mnie pospieszał.
- Szybciej.
- Ju-uż nie da-je rady... - wyjąkałam ledwo łapiąc oddech.
- Jeszcze trochę. - Upominał chłopak. Dawałam z siebie wszystko, nie mogę pozwolić by te dziwne stworzenia mnie dopadły. W końcu dotarliśmy do ciemnego miejsca, bez wyjścia. Zatrzymaliśmy się tam, aby odetchnąć chwilę. Ciemność była tak potężna, że nie byłam w stanie dostrzec chłopaka stojącego przede mną.
- Wszystko dobrze? - Spytał z troską i położył dłoń na moim ramieniu wyczekując odpowiedzi.
- Chyba tak. - Przytaknęłam zdyszana.
- Daleko mieszkasz stąd? - Zapytał rozglądając się dookoła.
- Nie, kilka minut drogi.
- W takim razie prowadź. - Powiedział i chwycił mnie za rękę. Przeszedł mnie dziwny dreszcz na ten gest, co mnie zaskoczyło, ponieważ jeszcze nigdy nic takiego nie czułam. Zaprowadziłam chłopaka do mojego domu, gdzie gdy tylko weszliśmy zamknęłam drzwi na klucz z ulgą, że jestem już u siebie. Nathan chodził po całym domu jak opętany i zamykał wszystkie okna, które były uchylone bądź otwarte.
- Możesz mi to w końcu wytłumaczyć? - Chłopak zatrzymał się tuż obok mnie i spojrzał w moje oczy, ówcześnie lustrując mnie całą, co mnie nieco skrępowało.
- Skaleczyłaś się. - Stwierdził wskazując na moje kolano, gdzie również spojrzałam. Faktycznie, na spodniach widniała czerwona plama krwi.
- Odpowiesz na moje pytanie?
- Joe... to poważny temat.
- Jestem całkiem poważna. - Broniłam się i nadal czekałam na wyjaśnienia. Nathan westchnął ciężko i wyprostował jedną rękę przed sobą celując otwartą dłonią na drzwi przed nami. Nie wiedziałam co on robi i szczerze myślałam, że coś ma z głową kiedy nagle wspomniane drzwi zamknęły się z trzaskiem. Podskoczyłam przestraszona nagłym hałasem.
- Co to było? - Spytałam spanikowana.
- Wierzysz w magię? - Spojrzałam na niego jak na idiotę.
- Absurd. To nie żadna magia. - Ten człowiek oszalał, takie coś jak rzeczy nadprzyrodzone przecież nie istnieją.
- To żaden absurd. - Zaprzeczył automatycznie, broniąc swojej idei.
- Chcesz mi wmówić, że jesteś jakimś magiem, a ci ludzie, którzy mnie zaatakowali są jakimiś trolami z innego świata? - Zaśmiałam się ironicznie, jestem spięta. Sama nie wiem co się tu dzieje.
- No.. nie do końca. - Nathan przecząco pokiwał głową i kontynuował. - Może mam coś z maga, bo jednak sama widziałaś, aczkolwiek tamci ludzie to na pewno nie trole. - Powiedział spokojnie, jakby to co teraz mówi było całkiem normalne.
- No dobra, powiedzmy, że ci wierzę. W takim razie kim ja jestem?
- Melisą.
- Kim?
- Melisą. - Powtórzył, lecz ja nadal nie miałam pojęcia co on do mnie mówi. - Melisa to osoba, która rodzi się raz na sto lat, dlatego też jest bardzo ważnym stworzeniem. Wyróżnia się tym, że potrafi władać każdą mocą, która tylko istnieje na tym świecie. A raczej w moim świecie. Joe, zrozum, jesteś jedną nadzieją wielu z nas.
- Mam dość. Wyjdź z mojego domu. - Rozkazałam. Nie mam zamiaru słuchać bajeczek tego psychopaty.
- Spójrz na swoje ramię.
- Co?
- Spójrz. Jestem pewien, że widnieje tam znamię, które przypomina tatuaż w kształcie diamentu. - Ma rację.
- Skąd ty o tym wiesz? - Zdziwiłam się, to wszystko wydaję mi się jeszcze bardziej nienormalne.
- Każdy z nas, zna cię tam doskonale. Jesteś znaną nam wszystkim "dziewczyną z tatuażem".
- Przecież to jest nielogiczne. Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach.
- Są też wyjątki... takie jak ty. - Przetarłam twarz dłońmi.
- Muszę to wszystko przemyśleć, daj mi chwilę spokoju.
- Jasne. Jak coś to krzycz.
- Mam krzyczeć?
- Gdyby coś się działo. - Dodał poważnie.
- Okej. - Odpowiedziałam zrezygnowana, chociaż dalej nie mam pojęcia jak niby miałby usłyszeć mój krzyk gdyby był nie wiadomo jak daleko stąd.
- Prześpij się, dobrze ci to zrobi. Uważaj na siebie. - Powiedział i wyszedł. Zostałam sama, tylko ja i natłok myśli. A co jeśli on mówi prawdę? Co jeśli faktycznie jestem nadprzyrodzona? To wszystko jest dla mnie wręcz absurdalne. Muszę poważnie o tym pomyśleć, bo zwariuje. Ale z drugiej strony dlaczego miałby mnie kłamać i wrabiać? No i kim są ci ludzie?
- Kim wy jesteście? - Zaczęłam krzyczeć spanikowana, aczkolwiek żaden z nich nawet nie otworzył ust, aby wypowiedzieć jakiekolwiek słowo do mnie. Wszyscy stali jak nie ludzie... a może to nie są ludzie?
- Co się tu dzieje? - Kolejne pytanie w ich stronę i kolejna głucha odpowiedź. Z początku myślałam, że to głupi żart, jednakże teraz już wiem, że ta sytuacja nim wcale nie jest. Bałam się. Czułam tak okropnie potężny strach, jak jeszcze nigdy. Co to ma wszystko znaczyć? Co ja tu robię? Co oni tu robią? Dlaczego akurat ja? Setki pytań na sekundę.. szkoda tylko, że odpowiedzi zero.
Ogień był coraz bliżej mnie, nie wiedziałam co mam robić. Głos w głowie krzyczał, abym uciekała. Tylko gdzie? Prosto w te płomienie, żebym się zabiła? To niedorzeczne. Ratując siebie, zabić się. Totalny absurd.
Ogromne ciepło, a raczej gorąc czułam już na swoim ciele. Zaczynało mnie to wręcz parzyć. Zadziwiające, jak szybko ogień się rozprzestrzenia. Zaskakujący jest również fakt, że wspomniany wcześniej żywioł płonie na ścieżce, która jest cała pokryta lodowatym śniegiem. Robi mi się duszno, czy moje szanse na przeżycie są nikłe? Nie chce tak skończyć. Kaszle, co sugeruję, że bardzo brakuje mi świeżego powietrza. Kucnęłam zakrywając drogi oddechowe od tego wstrętnego dymu, który wdychałam prosto do płuc. Schowałam twarz w "nogach", zginając się w połowie. Nie mam już siły, nawet, aby ustać na własnych nogach.
Nagle poczułam czyjąś dłoń na sobie przez co wzdrygnęłam się i spojrzałam w tym kierunku.
- Wstawaj. - Przede mną stał Nathan pomagając mi wstać z ziemi.
- Jak ty tu.. jak to możliwe? - Nie mogłam się nadziwić jak on się dostał do środka ognia.
- Nie ma teraz na to czasu. - Posłusznie wykonałam jego polecenie, po czym ruszyłam za nim. Kolejna zaskakująca rzecz. Gdy popatrzyłam na ogień przed nami, dziwnym trafem już go nie było. Powstała szpara przez którą spokojnie wydostaliśmy się z tej pułapki. Jak już będzie po wszystkim, muszę z nim poważnie porozmawiać, bo oszaleje.
- Biegnij. - Powiedział i sam również zaczął biec ile sił w nogach. Problem tylko w tym, że w moich to trochę słabo z tą siłą. Biegliśmy już spory kawał drogi, a Nathan cały czas mnie pospieszał.
- Szybciej.
- Ju-uż nie da-je rady... - wyjąkałam ledwo łapiąc oddech.
- Jeszcze trochę. - Upominał chłopak. Dawałam z siebie wszystko, nie mogę pozwolić by te dziwne stworzenia mnie dopadły. W końcu dotarliśmy do ciemnego miejsca, bez wyjścia. Zatrzymaliśmy się tam, aby odetchnąć chwilę. Ciemność była tak potężna, że nie byłam w stanie dostrzec chłopaka stojącego przede mną.
- Wszystko dobrze? - Spytał z troską i położył dłoń na moim ramieniu wyczekując odpowiedzi.
- Chyba tak. - Przytaknęłam zdyszana.
- Daleko mieszkasz stąd? - Zapytał rozglądając się dookoła.
- Nie, kilka minut drogi.
- W takim razie prowadź. - Powiedział i chwycił mnie za rękę. Przeszedł mnie dziwny dreszcz na ten gest, co mnie zaskoczyło, ponieważ jeszcze nigdy nic takiego nie czułam. Zaprowadziłam chłopaka do mojego domu, gdzie gdy tylko weszliśmy zamknęłam drzwi na klucz z ulgą, że jestem już u siebie. Nathan chodził po całym domu jak opętany i zamykał wszystkie okna, które były uchylone bądź otwarte.
- Możesz mi to w końcu wytłumaczyć? - Chłopak zatrzymał się tuż obok mnie i spojrzał w moje oczy, ówcześnie lustrując mnie całą, co mnie nieco skrępowało.
- Skaleczyłaś się. - Stwierdził wskazując na moje kolano, gdzie również spojrzałam. Faktycznie, na spodniach widniała czerwona plama krwi.
- Odpowiesz na moje pytanie?
- Joe... to poważny temat.
- Jestem całkiem poważna. - Broniłam się i nadal czekałam na wyjaśnienia. Nathan westchnął ciężko i wyprostował jedną rękę przed sobą celując otwartą dłonią na drzwi przed nami. Nie wiedziałam co on robi i szczerze myślałam, że coś ma z głową kiedy nagle wspomniane drzwi zamknęły się z trzaskiem. Podskoczyłam przestraszona nagłym hałasem.
- Co to było? - Spytałam spanikowana.
- Wierzysz w magię? - Spojrzałam na niego jak na idiotę.
- Absurd. To nie żadna magia. - Ten człowiek oszalał, takie coś jak rzeczy nadprzyrodzone przecież nie istnieją.
- To żaden absurd. - Zaprzeczył automatycznie, broniąc swojej idei.
- Chcesz mi wmówić, że jesteś jakimś magiem, a ci ludzie, którzy mnie zaatakowali są jakimiś trolami z innego świata? - Zaśmiałam się ironicznie, jestem spięta. Sama nie wiem co się tu dzieje.
- No.. nie do końca. - Nathan przecząco pokiwał głową i kontynuował. - Może mam coś z maga, bo jednak sama widziałaś, aczkolwiek tamci ludzie to na pewno nie trole. - Powiedział spokojnie, jakby to co teraz mówi było całkiem normalne.
- No dobra, powiedzmy, że ci wierzę. W takim razie kim ja jestem?
- Melisą.
- Kim?
- Melisą. - Powtórzył, lecz ja nadal nie miałam pojęcia co on do mnie mówi. - Melisa to osoba, która rodzi się raz na sto lat, dlatego też jest bardzo ważnym stworzeniem. Wyróżnia się tym, że potrafi władać każdą mocą, która tylko istnieje na tym świecie. A raczej w moim świecie. Joe, zrozum, jesteś jedną nadzieją wielu z nas.
- Mam dość. Wyjdź z mojego domu. - Rozkazałam. Nie mam zamiaru słuchać bajeczek tego psychopaty.
- Spójrz na swoje ramię.
- Co?
- Spójrz. Jestem pewien, że widnieje tam znamię, które przypomina tatuaż w kształcie diamentu. - Ma rację.
- Skąd ty o tym wiesz? - Zdziwiłam się, to wszystko wydaję mi się jeszcze bardziej nienormalne.
- Każdy z nas, zna cię tam doskonale. Jesteś znaną nam wszystkim "dziewczyną z tatuażem".
- Przecież to jest nielogiczne. Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach.
- Są też wyjątki... takie jak ty. - Przetarłam twarz dłońmi.
- Muszę to wszystko przemyśleć, daj mi chwilę spokoju.
- Jasne. Jak coś to krzycz.
- Mam krzyczeć?
- Gdyby coś się działo. - Dodał poważnie.
- Okej. - Odpowiedziałam zrezygnowana, chociaż dalej nie mam pojęcia jak niby miałby usłyszeć mój krzyk gdyby był nie wiadomo jak daleko stąd.
- Prześpij się, dobrze ci to zrobi. Uważaj na siebie. - Powiedział i wyszedł. Zostałam sama, tylko ja i natłok myśli. A co jeśli on mówi prawdę? Co jeśli faktycznie jestem nadprzyrodzona? To wszystko jest dla mnie wręcz absurdalne. Muszę poważnie o tym pomyśleć, bo zwariuje. Ale z drugiej strony dlaczego miałby mnie kłamać i wrabiać? No i kim są ci ludzie?
poniedziałek, 5 grudnia 2016
Rozdział 9
Obudziły mnie ciepłe promienie słoneczne wpadające przez lekko uchylone okno prosto na moją twarz. Spojrzałam na zegar, który wskazywał akurat punkt 12. Dziś jest niedziela, co oznacza, że wszystkie sąsiednie domy, a raczej ich mieszkańcy są w tym momencie na mszy. Pewnie gdyby byli moi rodzice kazaliby mi również tam zagościć. Wstałam z łóżka w dość przyjemnym humorze i poszłam zaparzyć sobie kawę oraz Amber. Gdy chciałam obudzić przyjaciółkę dostrzegłam tylko małą karteczkę na łóżku, chwyciłam ją do ręki i zaczęłam czytać.
Uśmiechnęłam się sama do siebie po przeczytaniu jej zawartości. No cóż, w takim razie zostało mi samotne wypicie dwóch kaw, które przygotowałam. Do godziny 15 zamulałam siedząc na kanapie w salonie i rozmyślając nad sensem mojego życia. Tak wiem, żenujące. Dopiero po tej godzinie nabrała mnie chęć narysowania czegoś. Poszłam więc do swojego pokoju, po czym ze szuflady wyjęłam czystą kartkę papieru oraz wybrałam odpowiedni ołówek pod względem miękkości i usiadłam przy biurku po drugiej stronie pomieszczenia. Moja dłoń niemal sama szkicowała kreski i dociągnięcia na kartce. podczas rysowania byłam bardziej zamyślona niż skupiona na swojej pracy. Z czasem przede mną zaczynało być widać rysy twarzy. Nieznana mi postać nabierała kształtów oraz stawała się coraz bardziej przypominająca mi kogoś. Aczkolwiek byłam niemal pewna, że to jedynie wybryk mojej wyobraźni, w końcu jest ona dość.. potężna. Około godziny 17:30 moje dzieło było gotowe. Spojrzałam na nie z dumą, ponieważ obraz wyszedł mi całkiem nieźle. Przedstawiał on mężczyznę, a konkretniej zamaskowanego mężczyznę o czarnych jak smoła oczach, które na dobrą sprawę tylko je było widać. Osoba była ubrana cała na czarno, jego płaszcz, który miał na sobie przypominał ubranie "czarnego charakteru", niczym z jakieś filmu, a bliżej horroru. Nagle dostałam sms'a, przez co podskoczyłam lekko. Niepewnie chwyciłam komórkę w dłoń i z ulgą zaczęłam czytać treść wiadomości.
Automatycznie zapisałam sobie numer chłopaka i na niego wysłałam odpowiedź.
Gdy wiadomość została wysłana, zaczęłam przeglądać zawartość mojej szafy. Sukienka, czy jednak lepiej spodnie? Spojrzałam na pogodę panującą za oknem i myślałam, że mi się przewidziało. Podeszłam bliżej szyby i stwierdziłam, że to serio się dzieje.
- Śnieg - Uśmiechnęłam się sama do siebie na to przekonanie. Tak bardzo uwielbiam zimę, szczególnie gdy jest piękna, biała i taka.. no cóż zimowa. W zaistniałej sytuacji wybór stroju jest raczej oczywisty. Przygotowałam sobie czarne rurki z wysokim stanem oraz krótką bluzkę w kolorze szarym, sięgającą mi co najwyżej do pępka. Na wierzch założyłam cieniutki sweterek oraz wysokie buty. Po ubraniu się w wcześniej wspomniane ubrania poszłam do łazienki, aby zrobić sobie odpowiedni makijaż. Nie za mocny, nie za lekki. Oraz zrobić delikatne fale z włosów. Po skończonym upiększaniu się przejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że mogę tak wyjść. Była godzina 18:17, pora ruszać. Nie brałam portfela ani innych zbędnych rzeczy, które mogłabym zgubić. Jedynie telefon oraz klucze do domu miałam przy sobie.
~♥~
- Za naszego jubilata! - Wykrzyknęła jakaś dziewczyna podnosząc do góry swój kieliszek i uderzając nim o inne, również pełne. W tej licznej grupce pijanych ludzi, była także moja osoba. Alkohol w moich żyłach płynął i przyprawiał mnie o lekkie zawroty głowy, no ale któż by się śmiał tym przejmować. Liczy się dobra zabawa, a nie jakiś tam umiar? Tak, wiem jeszcze ostatnio mówiłam coś innego.. aczkolwiek każdemu należy się chwila przerwy od świata rzeczywistego. Reasumując postanowiłam dziś nie dbać o żadne zakazy powstałe w mojej głowie, tylko bawić się jak stara Joe. Mój kieliszek ciągle był pełny, nieważne ile wypiłam każdy dookoła dolewał mi w kółko. Oczywiście ja nie mam nic przeciwko. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Zatańczysz? - Nawet nie zauważyłam kiedy podszedł do mnie Maks i poprosił o taniec. Rzecz jasna zgodziłam się, a nawet byłam bardzo chętna. Chłopak chwycił mnie za dłoń i zaprowadził w miejsce gdzie już sporo towarzystwa szalała i wywijała swoim ciałem. Wszędzie było można wyczuć pijanych ludzi, a raczej ich charakterystyczny zapach. Co ja gadam, sama nie byłam lepsza. W głośnikach rozbrzmiewały dźwięki jakiś starych piosenek z mocnym bitem, wydawało się jakby one były wręcz stworzone do tańca. Razem z Maksem ocieraliśmy się o siebie, prawie niczym para.. szkoda tylko, że do tego nam jeszcze bardzo daleko.
- Niezła jesteś. - Wyszeptał mi chłopak prosto w moje ucho. Uśmiechnęłam się na to stwierdzenie i spojrzałam na niego, po czym równie cichym głosem odpowiedziałam.
- Wiem. - Po czym posłałam mu słodkiego buziaka i poszłam w stronę baru z alkoholem.
- A podobno już tak nie pijesz. - Odezwał się głos za mną, przez co odwróciłam się w jego stronę. Przede mną stał jaśnie książę Drake we własnej osobie.
- Podobno mam cię gdzieś.
- A nie masz?
- Mam. - Odparłam zlewająco.
- To dlaczego ze mną dalej rozmawiasz? - Chłopak wciąż drążył temat.
- Jesteś denerwujący, wiesz?
- No coś tam, ktoś mi kiedyś wspomniał o tym.
- Odczep się człowieku ode mnie, okej? - Mam go już serdecznie dosyć.
- Kto gra w butelkę!? - Dobiegł mnie głos jakiejś dziewczyny, która stała na stole, aby zwrócić swoją uwagę innych. Po jej pytaniu zgłosiło się wiele chętnych osób, aczkolwiek sama zastawiałam się nad zagraniem w tę grę.
- Zagrasz? - Czy do niego nic nie dociera?
- Nie. - Odparłam i udałam się w stronę zgromadzonych ludzi, którzy byli chętni do zagrania.
- Weźcie tamtą butelkę i siadajcie. - Pokierowała wspomniana wcześniej dziewczyna wskazując na stojącą na blacie pustą, szklaną butelkę po piwie. Zajęłam miejsce pomiędzy dwoma nieznanymi mi bliżej dziewczynami i poprawiłam włosy, które spadały mi prosto na twarz.
- "Nie"? - Zacytował Drake, który właśnie usiadł obok mnie. Cóż za ironia...
- Tak. - Przekręciłam głowę w odwrotną stronę do niego i czekałam na rozpoczęcie się gry.
~♥~
Jak to zwykle odbywa się w tej grze, ludzie zadawali sobie wzajemnie pytania, lub wyzwania. Na moje szczęście stałam się ofiarą tylko jeden raz, gdzie jakaś dość sympatyczna dziewczyna zadała mi pytanie co do moich spraw łóżkowych. Dziwne? Nie sądzę, w końcu to impreza, no nie? A ja mam już 19 lat. Butelka ponownie zakręciła się i tym razem wypadło na mnie.
- Joe. - Powiedziała moja znajoma ze szkoły, Clara. Uśmiechnęłam się do niej wesoło, być może to przez procenty w moim ciele, ale wszystko wydawało mi się być zabawne i takie fantastyczne. - Pytanie, czy wyzwanie?
- Wyzwanie. - Powiedziałam pewnie, przez co dziewczyna chwilę się zastanowiła, aczkolwiek krótko po tym usłyszałam jej słowa.
- Pocałuj... - O nie, nie lubię tego. No ale cóż, takie są zasady gry. Jeszcze nikt nigdy nie umarł od jednego pocałunku... a przynajmniej tak mi się wydaję. - Drake'a. - Dokończyła dumnie. Serio? Jest tu tyle spoko chłopaków, a musiała wybrać akurat jego.
- Spoko. - Udawałam, że to przecież nic takiego. Spojrzałam na wspomnianego faceta, który szczerzył się od ucha do ucha. Przysunęłam się do niego bliżej i zwyczajnie, bez żadnych ceremonii pocałowałam go w usta. Cały ten czyn trwał może 3 minuty.
- Tylko tyle? - Posmutniał Drake, na co krzywo się na niego popatrzyłam.
- Życie.
Gra toczyła się jeszcze wiele razy, gdyż graliśmy w nią około 3 godzin. Aktualnie jest godzina 2:36, a co najlepsze nie jestem zmęczona, bawię się wręcz świetnie. No, może powiedzmy to w czasie przeszły, ponieważ w momencie gdy popijałam kolejnego drinka śmiejąc się z wcale nie zabawnych żartów społeczeństwa stojącego obok mnie, podeszła do mnie blondi, którą kojarzę z mojej imprezy.
- Joe? - Spojrzałam na nią zaciekawiona.
- No. - Dziewczyna podeszła do mnie bliżej i najzwyczajniej w świecie oblała mnie gorącą czekoladą. - Kurwa mać! Nienormalna jesteś?
- To za to, że przystawiasz się do mojego chłopaka. - Powiedziała z pogardą i wyższością.
- Pojebało cię dziewczynko? - Nadal nie rozumiem jej dziecinnego zachowania. - Czego ty ode mnie chcesz?
- Masz odczepić się od Drake'a, jasne?
- Bardzo chętnie. Problem w tym, że to najpierw on musi przestać mnie nękać!
- Ty weź spójrz lepiej na siebie, kto by cię chciał? - Zakpiła blondi.
- No widocznie twój "chłopak". - Uśmiechnęłam się do niej i chciałam już wyjść, gdy ta chwyciła mnie chamsko za rękaw mojego sweterka.
- Nie tak prędko. - Powiedziała i uderzyła mnie prosto w brzuch. Nie ukrywam, nieco mnie to zabolało, ale też bez przesady. Oddałam jej cios wycelowany w szczękę. No sory, ale ze mną się nie zaczyna. Dziewczyna automatycznie chwyciła się w obolałe miejsce i zaczęła coś krzyczeć do mnie.
- Następnym razem lepiej się zastanów nad tym co chcesz zrobić. - Powiedziawszy to wyszłam z domu Colvina. I pomyśleć, że w sekundzie ktoś potrafi zepsuć ci tak świetny humor. Ugh okropne uczucie. Na zewnątrz panował mróz, moje ciało coraz bardziej zaczynało się trząść, Zakryłam się szczelniej moim płaszczykiem i zmierzałam w stronę mojego domu. Poszłabym już spać...
~♥~
Nagle usłyszałam szelest za sobą, przez co odwróciłam się. Nikogo za mną nie było, dziwne. Może mi się tylko przesłyszało. Wszędzie był już śnieg, zaskakujące w jak szybkim czasie może spać aż tyle tego białego puchu. Znowu to samo. Gwałtownie spojrzałam za siebie. Moje serce biło sto razy szybciej. Dwa razy przesłyszeć się? Nie, to niemożliwe. Przyspieszyłam kroku, oby nic mi się nie stało tego feralnego dnia. Zaczęłam obmyślać w głowie, jak najszybciej dotrzeć do mojego bezpiecznego domu. Nagle stanęłam jak wryta w podłoże patrząc przed siebie jak zahipnotyzowana. Jak to możliwe? Nie wierzę, przecież to nierealne. Moje myśli toczyły zawistną bójkę słowną, kiedy przed mną... no właśnie przede mną? Raczej wokół mnie rozproszyło się czterech dobrze zbudowanych mężczyzn. Otoczyli mnie z każdej możliwej strony, tworząc charakterystyczny kwadrat, a ja w środku niego.
" Witaj moja kochana przyjaciółko. Nie chciałam cię budzić, a niestety musiałam już iść do domu, wiesz ciocia i te sprawy, dlatego też postanowiłam zostawić ci tylko tę karteczkę. Miłego dnia oraz zwariowanej imprezy :* Amber.
Ps. Zbyt słodko spałaś, nie miałam serca cię budzić. "
Uśmiechnęłam się sama do siebie po przeczytaniu jej zawartości. No cóż, w takim razie zostało mi samotne wypicie dwóch kaw, które przygotowałam. Do godziny 15 zamulałam siedząc na kanapie w salonie i rozmyślając nad sensem mojego życia. Tak wiem, żenujące. Dopiero po tej godzinie nabrała mnie chęć narysowania czegoś. Poszłam więc do swojego pokoju, po czym ze szuflady wyjęłam czystą kartkę papieru oraz wybrałam odpowiedni ołówek pod względem miękkości i usiadłam przy biurku po drugiej stronie pomieszczenia. Moja dłoń niemal sama szkicowała kreski i dociągnięcia na kartce. podczas rysowania byłam bardziej zamyślona niż skupiona na swojej pracy. Z czasem przede mną zaczynało być widać rysy twarzy. Nieznana mi postać nabierała kształtów oraz stawała się coraz bardziej przypominająca mi kogoś. Aczkolwiek byłam niemal pewna, że to jedynie wybryk mojej wyobraźni, w końcu jest ona dość.. potężna. Około godziny 17:30 moje dzieło było gotowe. Spojrzałam na nie z dumą, ponieważ obraz wyszedł mi całkiem nieźle. Przedstawiał on mężczyznę, a konkretniej zamaskowanego mężczyznę o czarnych jak smoła oczach, które na dobrą sprawę tylko je było widać. Osoba była ubrana cała na czarno, jego płaszcz, który miał na sobie przypominał ubranie "czarnego charakteru", niczym z jakieś filmu, a bliżej horroru. Nagle dostałam sms'a, przez co podskoczyłam lekko. Niepewnie chwyciłam komórkę w dłoń i z ulgą zaczęłam czytać treść wiadomości.
" Hejka, tu Colvin. Impreza rozpocznie się o 19, ulica to: Facamilia 309.
Liczę na twoją obecność :) "
Automatycznie zapisałam sobie numer chłopaka i na niego wysłałam odpowiedź.
" Cześć. Dzięki za info. Nie przeliczysz się dzisiaj :) "
Gdy wiadomość została wysłana, zaczęłam przeglądać zawartość mojej szafy. Sukienka, czy jednak lepiej spodnie? Spojrzałam na pogodę panującą za oknem i myślałam, że mi się przewidziało. Podeszłam bliżej szyby i stwierdziłam, że to serio się dzieje.
- Śnieg - Uśmiechnęłam się sama do siebie na to przekonanie. Tak bardzo uwielbiam zimę, szczególnie gdy jest piękna, biała i taka.. no cóż zimowa. W zaistniałej sytuacji wybór stroju jest raczej oczywisty. Przygotowałam sobie czarne rurki z wysokim stanem oraz krótką bluzkę w kolorze szarym, sięgającą mi co najwyżej do pępka. Na wierzch założyłam cieniutki sweterek oraz wysokie buty. Po ubraniu się w wcześniej wspomniane ubrania poszłam do łazienki, aby zrobić sobie odpowiedni makijaż. Nie za mocny, nie za lekki. Oraz zrobić delikatne fale z włosów. Po skończonym upiększaniu się przejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że mogę tak wyjść. Była godzina 18:17, pora ruszać. Nie brałam portfela ani innych zbędnych rzeczy, które mogłabym zgubić. Jedynie telefon oraz klucze do domu miałam przy sobie.
~♥~
- Za naszego jubilata! - Wykrzyknęła jakaś dziewczyna podnosząc do góry swój kieliszek i uderzając nim o inne, również pełne. W tej licznej grupce pijanych ludzi, była także moja osoba. Alkohol w moich żyłach płynął i przyprawiał mnie o lekkie zawroty głowy, no ale któż by się śmiał tym przejmować. Liczy się dobra zabawa, a nie jakiś tam umiar? Tak, wiem jeszcze ostatnio mówiłam coś innego.. aczkolwiek każdemu należy się chwila przerwy od świata rzeczywistego. Reasumując postanowiłam dziś nie dbać o żadne zakazy powstałe w mojej głowie, tylko bawić się jak stara Joe. Mój kieliszek ciągle był pełny, nieważne ile wypiłam każdy dookoła dolewał mi w kółko. Oczywiście ja nie mam nic przeciwko. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Zatańczysz? - Nawet nie zauważyłam kiedy podszedł do mnie Maks i poprosił o taniec. Rzecz jasna zgodziłam się, a nawet byłam bardzo chętna. Chłopak chwycił mnie za dłoń i zaprowadził w miejsce gdzie już sporo towarzystwa szalała i wywijała swoim ciałem. Wszędzie było można wyczuć pijanych ludzi, a raczej ich charakterystyczny zapach. Co ja gadam, sama nie byłam lepsza. W głośnikach rozbrzmiewały dźwięki jakiś starych piosenek z mocnym bitem, wydawało się jakby one były wręcz stworzone do tańca. Razem z Maksem ocieraliśmy się o siebie, prawie niczym para.. szkoda tylko, że do tego nam jeszcze bardzo daleko.
- Niezła jesteś. - Wyszeptał mi chłopak prosto w moje ucho. Uśmiechnęłam się na to stwierdzenie i spojrzałam na niego, po czym równie cichym głosem odpowiedziałam.
- Wiem. - Po czym posłałam mu słodkiego buziaka i poszłam w stronę baru z alkoholem.
- A podobno już tak nie pijesz. - Odezwał się głos za mną, przez co odwróciłam się w jego stronę. Przede mną stał jaśnie książę Drake we własnej osobie.
- Podobno mam cię gdzieś.
- A nie masz?
- Mam. - Odparłam zlewająco.
- To dlaczego ze mną dalej rozmawiasz? - Chłopak wciąż drążył temat.
- Jesteś denerwujący, wiesz?
- No coś tam, ktoś mi kiedyś wspomniał o tym.
- Odczep się człowieku ode mnie, okej? - Mam go już serdecznie dosyć.
- Kto gra w butelkę!? - Dobiegł mnie głos jakiejś dziewczyny, która stała na stole, aby zwrócić swoją uwagę innych. Po jej pytaniu zgłosiło się wiele chętnych osób, aczkolwiek sama zastawiałam się nad zagraniem w tę grę.
- Zagrasz? - Czy do niego nic nie dociera?
- Nie. - Odparłam i udałam się w stronę zgromadzonych ludzi, którzy byli chętni do zagrania.
- Weźcie tamtą butelkę i siadajcie. - Pokierowała wspomniana wcześniej dziewczyna wskazując na stojącą na blacie pustą, szklaną butelkę po piwie. Zajęłam miejsce pomiędzy dwoma nieznanymi mi bliżej dziewczynami i poprawiłam włosy, które spadały mi prosto na twarz.
- "Nie"? - Zacytował Drake, który właśnie usiadł obok mnie. Cóż za ironia...
- Tak. - Przekręciłam głowę w odwrotną stronę do niego i czekałam na rozpoczęcie się gry.
~♥~
Jak to zwykle odbywa się w tej grze, ludzie zadawali sobie wzajemnie pytania, lub wyzwania. Na moje szczęście stałam się ofiarą tylko jeden raz, gdzie jakaś dość sympatyczna dziewczyna zadała mi pytanie co do moich spraw łóżkowych. Dziwne? Nie sądzę, w końcu to impreza, no nie? A ja mam już 19 lat. Butelka ponownie zakręciła się i tym razem wypadło na mnie.
- Joe. - Powiedziała moja znajoma ze szkoły, Clara. Uśmiechnęłam się do niej wesoło, być może to przez procenty w moim ciele, ale wszystko wydawało mi się być zabawne i takie fantastyczne. - Pytanie, czy wyzwanie?
- Wyzwanie. - Powiedziałam pewnie, przez co dziewczyna chwilę się zastanowiła, aczkolwiek krótko po tym usłyszałam jej słowa.
- Pocałuj... - O nie, nie lubię tego. No ale cóż, takie są zasady gry. Jeszcze nikt nigdy nie umarł od jednego pocałunku... a przynajmniej tak mi się wydaję. - Drake'a. - Dokończyła dumnie. Serio? Jest tu tyle spoko chłopaków, a musiała wybrać akurat jego.
- Spoko. - Udawałam, że to przecież nic takiego. Spojrzałam na wspomnianego faceta, który szczerzył się od ucha do ucha. Przysunęłam się do niego bliżej i zwyczajnie, bez żadnych ceremonii pocałowałam go w usta. Cały ten czyn trwał może 3 minuty.
- Tylko tyle? - Posmutniał Drake, na co krzywo się na niego popatrzyłam.
- Życie.
Gra toczyła się jeszcze wiele razy, gdyż graliśmy w nią około 3 godzin. Aktualnie jest godzina 2:36, a co najlepsze nie jestem zmęczona, bawię się wręcz świetnie. No, może powiedzmy to w czasie przeszły, ponieważ w momencie gdy popijałam kolejnego drinka śmiejąc się z wcale nie zabawnych żartów społeczeństwa stojącego obok mnie, podeszła do mnie blondi, którą kojarzę z mojej imprezy.
- Joe? - Spojrzałam na nią zaciekawiona.
- No. - Dziewczyna podeszła do mnie bliżej i najzwyczajniej w świecie oblała mnie gorącą czekoladą. - Kurwa mać! Nienormalna jesteś?
- To za to, że przystawiasz się do mojego chłopaka. - Powiedziała z pogardą i wyższością.
- Pojebało cię dziewczynko? - Nadal nie rozumiem jej dziecinnego zachowania. - Czego ty ode mnie chcesz?
- Masz odczepić się od Drake'a, jasne?
- Bardzo chętnie. Problem w tym, że to najpierw on musi przestać mnie nękać!
- Ty weź spójrz lepiej na siebie, kto by cię chciał? - Zakpiła blondi.
- No widocznie twój "chłopak". - Uśmiechnęłam się do niej i chciałam już wyjść, gdy ta chwyciła mnie chamsko za rękaw mojego sweterka.
- Nie tak prędko. - Powiedziała i uderzyła mnie prosto w brzuch. Nie ukrywam, nieco mnie to zabolało, ale też bez przesady. Oddałam jej cios wycelowany w szczękę. No sory, ale ze mną się nie zaczyna. Dziewczyna automatycznie chwyciła się w obolałe miejsce i zaczęła coś krzyczeć do mnie.
- Następnym razem lepiej się zastanów nad tym co chcesz zrobić. - Powiedziawszy to wyszłam z domu Colvina. I pomyśleć, że w sekundzie ktoś potrafi zepsuć ci tak świetny humor. Ugh okropne uczucie. Na zewnątrz panował mróz, moje ciało coraz bardziej zaczynało się trząść, Zakryłam się szczelniej moim płaszczykiem i zmierzałam w stronę mojego domu. Poszłabym już spać...
~♥~Nagle usłyszałam szelest za sobą, przez co odwróciłam się. Nikogo za mną nie było, dziwne. Może mi się tylko przesłyszało. Wszędzie był już śnieg, zaskakujące w jak szybkim czasie może spać aż tyle tego białego puchu. Znowu to samo. Gwałtownie spojrzałam za siebie. Moje serce biło sto razy szybciej. Dwa razy przesłyszeć się? Nie, to niemożliwe. Przyspieszyłam kroku, oby nic mi się nie stało tego feralnego dnia. Zaczęłam obmyślać w głowie, jak najszybciej dotrzeć do mojego bezpiecznego domu. Nagle stanęłam jak wryta w podłoże patrząc przed siebie jak zahipnotyzowana. Jak to możliwe? Nie wierzę, przecież to nierealne. Moje myśli toczyły zawistną bójkę słowną, kiedy przed mną... no właśnie przede mną? Raczej wokół mnie rozproszyło się czterech dobrze zbudowanych mężczyzn. Otoczyli mnie z każdej możliwej strony, tworząc charakterystyczny kwadrat, a ja w środku niego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)