Obudziłam się dziś bardzo wcześnie. Była może 6 rano, gdy do moich drzwi wejściowych ktoś niezapowiedziany zwyczajnie pukał, tym samym budząc mnie. Wstałam i zaspanym krokiem ruszyłam w ich stronę. Nim podeszłam wystarczająco blisko, drzwi sami mi się otworzyły, a w progu stanął Nathan.
- Ty idioto, przestraszyłeś mnie! Chcesz żebym zawału dostała?
- Widać, że ktoś się tu nie wyspał. - Zadrwił ze mnie, na co prychnęłam.
- Ciekawe czy ty byś się wyspał gdyby ktoś obudził cię o 6 rano. - Powiedziałam ze słyszalnym wyrzutem.
- Oj spokojnie.
~♥~
- Po co tu przyszedłeś?
- Chce cię gdzieś zabrać. - Wypalił nagle, a ja podejrzliwie spojrzałam na niego.
- Gdzie?
- Niespodzianka. - Odpowiedział tajemniczo. - Wierzysz już w magię?
- Nie wiem. To wszystko jest takie dziwne i w żaden sposób nie da się tego wytłumaczyć.
- Bo jest magiczne?
- Nie. Raczej psychiczne.
~♥~
Ubrałam się ciepło, ponieważ dziś także sypał śnieg. Chciałam ubrać swoje wysokie buty do dzisiejszej stylizacji, lecz chłopak upewnił mnie w przekonaniu, że lepiej abym ubrała coś na płaskiej podeszwie. Tak też uczyniłam. Z szafy stojącej na holu, wygrzebałam jasne kozaczki z tamtego roku. O dziwo były dobre, dlatego też w nich wyszłam. Nie mam pojęcia gdzie ten wariat chce mnie zabrać, ale jednak wolę się słuchać, bo coś czuję, że dobrze mi radzi.
~♥~
Aktualnie idziemy drogą, która prowadzi na obrzeża miasta. Ten fakt nieco mnie dziwi i zarazem martwi, ponieważ tam są tylko lasy. Co on planuje? Po około 30 minutach spaceru, doszliśmy do głównego wejścia do wnętrza lasu.
- Gdzie ty mnie prowadzisz?
- Spokojnie. Ufasz mi? - Nie ukrywam zaskoczyło mnie jego pytanie.
- Chyba tak. - Odpowiedziałam niepewnie.
- Nie masz powodu do obaw. Chodź.
Ruszyłam chwiejnym krokiem za nim. W głowie ciągle miałam natłok myśli, nie mogłam skupić się na jednej czynności przez to.
- Dobrze się czujesz? - Spytał zmartwiony chłopak spoglądając na moją twarz.
- Tak, jest dobrze.
- Już niedaleko. - Zapewnił i szliśmy dalej. Zaczynało mi się to już nudzić, gdy w okołu nie widziałam nic szczególnego, jedynie wielkie skupisko drzew.
- Jesteśmy. - Po około 10 minutach marszu, usłyszałam to słowo, przez co jeszcze bardziej dokładnie rozejrzałam się.
- Przecież tu nic nie ma. - Stwierdziłam nagle. Chłopak uśmiechnął się na te słowa i zachęcił abym ruszyła za nim. Tak też zrobiłam. Nathan kierował się w stronę "luki" pomiędzy dwoma drzewami, co wydawało mi się dość normalne, bo przecież pełno takich miejsc w lesie. Aczkolwiek nienormalne było już to iż chłopak najzwyczajniej w świecie nagle zniknął. Wyglądało to jakby wszedł w tajemny tunel, który jest niewidoczny dla innych.
- Idziesz? - Dobiegło mnie ciche echo dokładnie z tego miejsca. Chwila zwątpienia od razu minęła, gdy pomyślałam sobie, że przecież nie mam nic do stracenia. Podeszłam do tego samego miejsca, co wcześniej mój towarzysz i zamknęłam oczy, ponieważ jasność jaka biła w momencie kiedy w to weszłam, nie pozwoliła mi nawet otworzyć oczu. Przez chwilę czułam się taka lekka, jakbym nie istniała. Jednakże to uczucie minęło kiedy tylko znalazłam się nagle na jakiejś ulicy. Nie znam tego miejsca. Obok mnie przeszli inni obywatele, ale nie wyglądali oni na tych, których widuję codziennie. Rozejrzałam się uważnie w poszukiwaniu Nathana.
- Gdzie my jesteśmy?
- Po drugiej stronie. - Odpowiedział spokojnie. Wszyscy patrzyli się na mnie jakby mnie już znali, a ja każdego z nich widzę po raz pierwszy.
- Czemu ci ludzie tak się na mnie patrzą? - Zapytałam chłopaka, ponieważ krępowało mnie to.
- Mówiłem już. Każdy cie tu kojarzy.
- Myślałam, że żartujesz z tym. - Odparłam nieśmiało. Czyli, że mnie tu zna każdy, a ja nikogo? I gdzie tu sprawiedliwość? Nim się obejrzałam Nathan był już kilka metrów przede mną, przez co musiałam do niego dobiec. Jeszcze zgubię się tutaj i co wtedy pocznę? Chłopak zaprowadził mnie na tutejszy rynek. Różnił się on od naszego zwykłego centrum, jedyne podobieństwo widziałam w tym iż tutaj także były sklepy. Jednakże w tym miejscu wyglądało to całkowicie inaczej. Sklepy były opatrzone w rzeczy oraz przedmioty, których nie znajdziecie w naszym świecie. Między innymi można było tu kupić różnego rodzaju i zapewne także pochodzenia, różdżkę, latającą miotłę, mnóstwo ksiąg jak myślę z zaklęciami, mikstury, proszki, amulety, talizmany, nasiona, czy nawet aureole. Na budynkach widniały różne szyldy, typu maggaria, która jak się dowiedziałam była odpowiednikiem naszej zwykłej księgarni. Wszystko tutaj było takie inne, dosłownie jak z bajki, dlatego też trudno mi uwierzyć, że to dzieje się na prawdę.
- Zdziwiona? - Dobiegł mnie głos chłopaka obok. Pokiwałam twierdząco głową.
- To wszystko jest takie... niewytłumaczalne, takie magiczne.
- Dlatego też to miasto magii. - Dopowiedział i uśmiechnął się smutno.
- Co to za wyraz twarzy?
- Jaki? - Udawał, że nic się nie stało.
- Posmutniałeś.
- Masz rację. - Powiedział i kontynuował. - Ten świat to moje całe życie, urodziłem się tu, wychowałem... a teraz? Gdy nadejdzie "zły Pan" wszystko co teraz jest tu widoczne straci swój blask i urok. Zawładnie ciemność i tylko ona będzie tu na wieki.
- Nie ma sposoby, aby tego uniknąć?
- Jest. - Potwierdził moje przypuszczenia. - Ty jesteś naszą jedyną nadzieją.
niedziela, 18 grudnia 2016
sobota, 10 grudnia 2016
Rozdział 10
W jednej chwili stałam w środku płomieni. Całe "obrzeża" tego "kwadratu" posiadały ścianę z żywego ognia. Rozejrzałam się gwałtownie dookoła szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki. Niestety, nie ma stąd wyjścia.
- Kim wy jesteście? - Zaczęłam krzyczeć spanikowana, aczkolwiek żaden z nich nawet nie otworzył ust, aby wypowiedzieć jakiekolwiek słowo do mnie. Wszyscy stali jak nie ludzie... a może to nie są ludzie?
- Co się tu dzieje? - Kolejne pytanie w ich stronę i kolejna głucha odpowiedź. Z początku myślałam, że to głupi żart, jednakże teraz już wiem, że ta sytuacja nim wcale nie jest. Bałam się. Czułam tak okropnie potężny strach, jak jeszcze nigdy. Co to ma wszystko znaczyć? Co ja tu robię? Co oni tu robią? Dlaczego akurat ja? Setki pytań na sekundę.. szkoda tylko, że odpowiedzi zero.
Ogień był coraz bliżej mnie, nie wiedziałam co mam robić. Głos w głowie krzyczał, abym uciekała. Tylko gdzie? Prosto w te płomienie, żebym się zabiła? To niedorzeczne. Ratując siebie, zabić się. Totalny absurd.
Ogromne ciepło, a raczej gorąc czułam już na swoim ciele. Zaczynało mnie to wręcz parzyć. Zadziwiające, jak szybko ogień się rozprzestrzenia. Zaskakujący jest również fakt, że wspomniany wcześniej żywioł płonie na ścieżce, która jest cała pokryta lodowatym śniegiem. Robi mi się duszno, czy moje szanse na przeżycie są nikłe? Nie chce tak skończyć. Kaszle, co sugeruję, że bardzo brakuje mi świeżego powietrza. Kucnęłam zakrywając drogi oddechowe od tego wstrętnego dymu, który wdychałam prosto do płuc. Schowałam twarz w "nogach", zginając się w połowie. Nie mam już siły, nawet, aby ustać na własnych nogach.
Nagle poczułam czyjąś dłoń na sobie przez co wzdrygnęłam się i spojrzałam w tym kierunku.
- Wstawaj. - Przede mną stał Nathan pomagając mi wstać z ziemi.
- Jak ty tu.. jak to możliwe? - Nie mogłam się nadziwić jak on się dostał do środka ognia.
- Nie ma teraz na to czasu. - Posłusznie wykonałam jego polecenie, po czym ruszyłam za nim. Kolejna zaskakująca rzecz. Gdy popatrzyłam na ogień przed nami, dziwnym trafem już go nie było. Powstała szpara przez którą spokojnie wydostaliśmy się z tej pułapki. Jak już będzie po wszystkim, muszę z nim poważnie porozmawiać, bo oszaleje.
- Biegnij. - Powiedział i sam również zaczął biec ile sił w nogach. Problem tylko w tym, że w moich to trochę słabo z tą siłą. Biegliśmy już spory kawał drogi, a Nathan cały czas mnie pospieszał.
- Szybciej.
- Ju-uż nie da-je rady... - wyjąkałam ledwo łapiąc oddech.
- Jeszcze trochę. - Upominał chłopak. Dawałam z siebie wszystko, nie mogę pozwolić by te dziwne stworzenia mnie dopadły. W końcu dotarliśmy do ciemnego miejsca, bez wyjścia. Zatrzymaliśmy się tam, aby odetchnąć chwilę. Ciemność była tak potężna, że nie byłam w stanie dostrzec chłopaka stojącego przede mną.
- Wszystko dobrze? - Spytał z troską i położył dłoń na moim ramieniu wyczekując odpowiedzi.
- Chyba tak. - Przytaknęłam zdyszana.
- Daleko mieszkasz stąd? - Zapytał rozglądając się dookoła.
- Nie, kilka minut drogi.
- W takim razie prowadź. - Powiedział i chwycił mnie za rękę. Przeszedł mnie dziwny dreszcz na ten gest, co mnie zaskoczyło, ponieważ jeszcze nigdy nic takiego nie czułam. Zaprowadziłam chłopaka do mojego domu, gdzie gdy tylko weszliśmy zamknęłam drzwi na klucz z ulgą, że jestem już u siebie. Nathan chodził po całym domu jak opętany i zamykał wszystkie okna, które były uchylone bądź otwarte.
- Możesz mi to w końcu wytłumaczyć? - Chłopak zatrzymał się tuż obok mnie i spojrzał w moje oczy, ówcześnie lustrując mnie całą, co mnie nieco skrępowało.
- Skaleczyłaś się. - Stwierdził wskazując na moje kolano, gdzie również spojrzałam. Faktycznie, na spodniach widniała czerwona plama krwi.
- Odpowiesz na moje pytanie?
- Joe... to poważny temat.
- Jestem całkiem poważna. - Broniłam się i nadal czekałam na wyjaśnienia. Nathan westchnął ciężko i wyprostował jedną rękę przed sobą celując otwartą dłonią na drzwi przed nami. Nie wiedziałam co on robi i szczerze myślałam, że coś ma z głową kiedy nagle wspomniane drzwi zamknęły się z trzaskiem. Podskoczyłam przestraszona nagłym hałasem.
- Co to było? - Spytałam spanikowana.
- Wierzysz w magię? - Spojrzałam na niego jak na idiotę.
- Absurd. To nie żadna magia. - Ten człowiek oszalał, takie coś jak rzeczy nadprzyrodzone przecież nie istnieją.
- To żaden absurd. - Zaprzeczył automatycznie, broniąc swojej idei.
- Chcesz mi wmówić, że jesteś jakimś magiem, a ci ludzie, którzy mnie zaatakowali są jakimiś trolami z innego świata? - Zaśmiałam się ironicznie, jestem spięta. Sama nie wiem co się tu dzieje.
- No.. nie do końca. - Nathan przecząco pokiwał głową i kontynuował. - Może mam coś z maga, bo jednak sama widziałaś, aczkolwiek tamci ludzie to na pewno nie trole. - Powiedział spokojnie, jakby to co teraz mówi było całkiem normalne.
- No dobra, powiedzmy, że ci wierzę. W takim razie kim ja jestem?
- Melisą.
- Kim?
- Melisą. - Powtórzył, lecz ja nadal nie miałam pojęcia co on do mnie mówi. - Melisa to osoba, która rodzi się raz na sto lat, dlatego też jest bardzo ważnym stworzeniem. Wyróżnia się tym, że potrafi władać każdą mocą, która tylko istnieje na tym świecie. A raczej w moim świecie. Joe, zrozum, jesteś jedną nadzieją wielu z nas.
- Mam dość. Wyjdź z mojego domu. - Rozkazałam. Nie mam zamiaru słuchać bajeczek tego psychopaty.
- Spójrz na swoje ramię.
- Co?
- Spójrz. Jestem pewien, że widnieje tam znamię, które przypomina tatuaż w kształcie diamentu. - Ma rację.
- Skąd ty o tym wiesz? - Zdziwiłam się, to wszystko wydaję mi się jeszcze bardziej nienormalne.
- Każdy z nas, zna cię tam doskonale. Jesteś znaną nam wszystkim "dziewczyną z tatuażem".
- Przecież to jest nielogiczne. Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach.
- Są też wyjątki... takie jak ty. - Przetarłam twarz dłońmi.
- Muszę to wszystko przemyśleć, daj mi chwilę spokoju.
- Jasne. Jak coś to krzycz.
- Mam krzyczeć?
- Gdyby coś się działo. - Dodał poważnie.
- Okej. - Odpowiedziałam zrezygnowana, chociaż dalej nie mam pojęcia jak niby miałby usłyszeć mój krzyk gdyby był nie wiadomo jak daleko stąd.
- Prześpij się, dobrze ci to zrobi. Uważaj na siebie. - Powiedział i wyszedł. Zostałam sama, tylko ja i natłok myśli. A co jeśli on mówi prawdę? Co jeśli faktycznie jestem nadprzyrodzona? To wszystko jest dla mnie wręcz absurdalne. Muszę poważnie o tym pomyśleć, bo zwariuje. Ale z drugiej strony dlaczego miałby mnie kłamać i wrabiać? No i kim są ci ludzie?
- Kim wy jesteście? - Zaczęłam krzyczeć spanikowana, aczkolwiek żaden z nich nawet nie otworzył ust, aby wypowiedzieć jakiekolwiek słowo do mnie. Wszyscy stali jak nie ludzie... a może to nie są ludzie?
- Co się tu dzieje? - Kolejne pytanie w ich stronę i kolejna głucha odpowiedź. Z początku myślałam, że to głupi żart, jednakże teraz już wiem, że ta sytuacja nim wcale nie jest. Bałam się. Czułam tak okropnie potężny strach, jak jeszcze nigdy. Co to ma wszystko znaczyć? Co ja tu robię? Co oni tu robią? Dlaczego akurat ja? Setki pytań na sekundę.. szkoda tylko, że odpowiedzi zero.
Ogień był coraz bliżej mnie, nie wiedziałam co mam robić. Głos w głowie krzyczał, abym uciekała. Tylko gdzie? Prosto w te płomienie, żebym się zabiła? To niedorzeczne. Ratując siebie, zabić się. Totalny absurd.
Ogromne ciepło, a raczej gorąc czułam już na swoim ciele. Zaczynało mnie to wręcz parzyć. Zadziwiające, jak szybko ogień się rozprzestrzenia. Zaskakujący jest również fakt, że wspomniany wcześniej żywioł płonie na ścieżce, która jest cała pokryta lodowatym śniegiem. Robi mi się duszno, czy moje szanse na przeżycie są nikłe? Nie chce tak skończyć. Kaszle, co sugeruję, że bardzo brakuje mi świeżego powietrza. Kucnęłam zakrywając drogi oddechowe od tego wstrętnego dymu, który wdychałam prosto do płuc. Schowałam twarz w "nogach", zginając się w połowie. Nie mam już siły, nawet, aby ustać na własnych nogach.
Nagle poczułam czyjąś dłoń na sobie przez co wzdrygnęłam się i spojrzałam w tym kierunku.
- Wstawaj. - Przede mną stał Nathan pomagając mi wstać z ziemi.
- Jak ty tu.. jak to możliwe? - Nie mogłam się nadziwić jak on się dostał do środka ognia.
- Nie ma teraz na to czasu. - Posłusznie wykonałam jego polecenie, po czym ruszyłam za nim. Kolejna zaskakująca rzecz. Gdy popatrzyłam na ogień przed nami, dziwnym trafem już go nie było. Powstała szpara przez którą spokojnie wydostaliśmy się z tej pułapki. Jak już będzie po wszystkim, muszę z nim poważnie porozmawiać, bo oszaleje.
- Biegnij. - Powiedział i sam również zaczął biec ile sił w nogach. Problem tylko w tym, że w moich to trochę słabo z tą siłą. Biegliśmy już spory kawał drogi, a Nathan cały czas mnie pospieszał.
- Szybciej.
- Ju-uż nie da-je rady... - wyjąkałam ledwo łapiąc oddech.
- Jeszcze trochę. - Upominał chłopak. Dawałam z siebie wszystko, nie mogę pozwolić by te dziwne stworzenia mnie dopadły. W końcu dotarliśmy do ciemnego miejsca, bez wyjścia. Zatrzymaliśmy się tam, aby odetchnąć chwilę. Ciemność była tak potężna, że nie byłam w stanie dostrzec chłopaka stojącego przede mną.
- Wszystko dobrze? - Spytał z troską i położył dłoń na moim ramieniu wyczekując odpowiedzi.
- Chyba tak. - Przytaknęłam zdyszana.
- Daleko mieszkasz stąd? - Zapytał rozglądając się dookoła.
- Nie, kilka minut drogi.
- W takim razie prowadź. - Powiedział i chwycił mnie za rękę. Przeszedł mnie dziwny dreszcz na ten gest, co mnie zaskoczyło, ponieważ jeszcze nigdy nic takiego nie czułam. Zaprowadziłam chłopaka do mojego domu, gdzie gdy tylko weszliśmy zamknęłam drzwi na klucz z ulgą, że jestem już u siebie. Nathan chodził po całym domu jak opętany i zamykał wszystkie okna, które były uchylone bądź otwarte.
- Możesz mi to w końcu wytłumaczyć? - Chłopak zatrzymał się tuż obok mnie i spojrzał w moje oczy, ówcześnie lustrując mnie całą, co mnie nieco skrępowało.
- Skaleczyłaś się. - Stwierdził wskazując na moje kolano, gdzie również spojrzałam. Faktycznie, na spodniach widniała czerwona plama krwi.
- Odpowiesz na moje pytanie?
- Joe... to poważny temat.
- Jestem całkiem poważna. - Broniłam się i nadal czekałam na wyjaśnienia. Nathan westchnął ciężko i wyprostował jedną rękę przed sobą celując otwartą dłonią na drzwi przed nami. Nie wiedziałam co on robi i szczerze myślałam, że coś ma z głową kiedy nagle wspomniane drzwi zamknęły się z trzaskiem. Podskoczyłam przestraszona nagłym hałasem.
- Co to było? - Spytałam spanikowana.
- Wierzysz w magię? - Spojrzałam na niego jak na idiotę.
- Absurd. To nie żadna magia. - Ten człowiek oszalał, takie coś jak rzeczy nadprzyrodzone przecież nie istnieją.
- To żaden absurd. - Zaprzeczył automatycznie, broniąc swojej idei.
- Chcesz mi wmówić, że jesteś jakimś magiem, a ci ludzie, którzy mnie zaatakowali są jakimiś trolami z innego świata? - Zaśmiałam się ironicznie, jestem spięta. Sama nie wiem co się tu dzieje.
- No.. nie do końca. - Nathan przecząco pokiwał głową i kontynuował. - Może mam coś z maga, bo jednak sama widziałaś, aczkolwiek tamci ludzie to na pewno nie trole. - Powiedział spokojnie, jakby to co teraz mówi było całkiem normalne.
- No dobra, powiedzmy, że ci wierzę. W takim razie kim ja jestem?
- Melisą.
- Kim?
- Melisą. - Powtórzył, lecz ja nadal nie miałam pojęcia co on do mnie mówi. - Melisa to osoba, która rodzi się raz na sto lat, dlatego też jest bardzo ważnym stworzeniem. Wyróżnia się tym, że potrafi władać każdą mocą, która tylko istnieje na tym świecie. A raczej w moim świecie. Joe, zrozum, jesteś jedną nadzieją wielu z nas.
- Mam dość. Wyjdź z mojego domu. - Rozkazałam. Nie mam zamiaru słuchać bajeczek tego psychopaty.
- Spójrz na swoje ramię.
- Co?
- Spójrz. Jestem pewien, że widnieje tam znamię, które przypomina tatuaż w kształcie diamentu. - Ma rację.
- Skąd ty o tym wiesz? - Zdziwiłam się, to wszystko wydaję mi się jeszcze bardziej nienormalne.
- Każdy z nas, zna cię tam doskonale. Jesteś znaną nam wszystkim "dziewczyną z tatuażem".
- Przecież to jest nielogiczne. Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach.
- Są też wyjątki... takie jak ty. - Przetarłam twarz dłońmi.
- Muszę to wszystko przemyśleć, daj mi chwilę spokoju.
- Jasne. Jak coś to krzycz.
- Mam krzyczeć?
- Gdyby coś się działo. - Dodał poważnie.
- Okej. - Odpowiedziałam zrezygnowana, chociaż dalej nie mam pojęcia jak niby miałby usłyszeć mój krzyk gdyby był nie wiadomo jak daleko stąd.
- Prześpij się, dobrze ci to zrobi. Uważaj na siebie. - Powiedział i wyszedł. Zostałam sama, tylko ja i natłok myśli. A co jeśli on mówi prawdę? Co jeśli faktycznie jestem nadprzyrodzona? To wszystko jest dla mnie wręcz absurdalne. Muszę poważnie o tym pomyśleć, bo zwariuje. Ale z drugiej strony dlaczego miałby mnie kłamać i wrabiać? No i kim są ci ludzie?
poniedziałek, 5 grudnia 2016
Rozdział 9
Obudziły mnie ciepłe promienie słoneczne wpadające przez lekko uchylone okno prosto na moją twarz. Spojrzałam na zegar, który wskazywał akurat punkt 12. Dziś jest niedziela, co oznacza, że wszystkie sąsiednie domy, a raczej ich mieszkańcy są w tym momencie na mszy. Pewnie gdyby byli moi rodzice kazaliby mi również tam zagościć. Wstałam z łóżka w dość przyjemnym humorze i poszłam zaparzyć sobie kawę oraz Amber. Gdy chciałam obudzić przyjaciółkę dostrzegłam tylko małą karteczkę na łóżku, chwyciłam ją do ręki i zaczęłam czytać.
Uśmiechnęłam się sama do siebie po przeczytaniu jej zawartości. No cóż, w takim razie zostało mi samotne wypicie dwóch kaw, które przygotowałam. Do godziny 15 zamulałam siedząc na kanapie w salonie i rozmyślając nad sensem mojego życia. Tak wiem, żenujące. Dopiero po tej godzinie nabrała mnie chęć narysowania czegoś. Poszłam więc do swojego pokoju, po czym ze szuflady wyjęłam czystą kartkę papieru oraz wybrałam odpowiedni ołówek pod względem miękkości i usiadłam przy biurku po drugiej stronie pomieszczenia. Moja dłoń niemal sama szkicowała kreski i dociągnięcia na kartce. podczas rysowania byłam bardziej zamyślona niż skupiona na swojej pracy. Z czasem przede mną zaczynało być widać rysy twarzy. Nieznana mi postać nabierała kształtów oraz stawała się coraz bardziej przypominająca mi kogoś. Aczkolwiek byłam niemal pewna, że to jedynie wybryk mojej wyobraźni, w końcu jest ona dość.. potężna. Około godziny 17:30 moje dzieło było gotowe. Spojrzałam na nie z dumą, ponieważ obraz wyszedł mi całkiem nieźle. Przedstawiał on mężczyznę, a konkretniej zamaskowanego mężczyznę o czarnych jak smoła oczach, które na dobrą sprawę tylko je było widać. Osoba była ubrana cała na czarno, jego płaszcz, który miał na sobie przypominał ubranie "czarnego charakteru", niczym z jakieś filmu, a bliżej horroru. Nagle dostałam sms'a, przez co podskoczyłam lekko. Niepewnie chwyciłam komórkę w dłoń i z ulgą zaczęłam czytać treść wiadomości.
Automatycznie zapisałam sobie numer chłopaka i na niego wysłałam odpowiedź.
Gdy wiadomość została wysłana, zaczęłam przeglądać zawartość mojej szafy. Sukienka, czy jednak lepiej spodnie? Spojrzałam na pogodę panującą za oknem i myślałam, że mi się przewidziało. Podeszłam bliżej szyby i stwierdziłam, że to serio się dzieje.
- Śnieg - Uśmiechnęłam się sama do siebie na to przekonanie. Tak bardzo uwielbiam zimę, szczególnie gdy jest piękna, biała i taka.. no cóż zimowa. W zaistniałej sytuacji wybór stroju jest raczej oczywisty. Przygotowałam sobie czarne rurki z wysokim stanem oraz krótką bluzkę w kolorze szarym, sięgającą mi co najwyżej do pępka. Na wierzch założyłam cieniutki sweterek oraz wysokie buty. Po ubraniu się w wcześniej wspomniane ubrania poszłam do łazienki, aby zrobić sobie odpowiedni makijaż. Nie za mocny, nie za lekki. Oraz zrobić delikatne fale z włosów. Po skończonym upiększaniu się przejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że mogę tak wyjść. Była godzina 18:17, pora ruszać. Nie brałam portfela ani innych zbędnych rzeczy, które mogłabym zgubić. Jedynie telefon oraz klucze do domu miałam przy sobie.
~♥~
- Za naszego jubilata! - Wykrzyknęła jakaś dziewczyna podnosząc do góry swój kieliszek i uderzając nim o inne, również pełne. W tej licznej grupce pijanych ludzi, była także moja osoba. Alkohol w moich żyłach płynął i przyprawiał mnie o lekkie zawroty głowy, no ale któż by się śmiał tym przejmować. Liczy się dobra zabawa, a nie jakiś tam umiar? Tak, wiem jeszcze ostatnio mówiłam coś innego.. aczkolwiek każdemu należy się chwila przerwy od świata rzeczywistego. Reasumując postanowiłam dziś nie dbać o żadne zakazy powstałe w mojej głowie, tylko bawić się jak stara Joe. Mój kieliszek ciągle był pełny, nieważne ile wypiłam każdy dookoła dolewał mi w kółko. Oczywiście ja nie mam nic przeciwko. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Zatańczysz? - Nawet nie zauważyłam kiedy podszedł do mnie Maks i poprosił o taniec. Rzecz jasna zgodziłam się, a nawet byłam bardzo chętna. Chłopak chwycił mnie za dłoń i zaprowadził w miejsce gdzie już sporo towarzystwa szalała i wywijała swoim ciałem. Wszędzie było można wyczuć pijanych ludzi, a raczej ich charakterystyczny zapach. Co ja gadam, sama nie byłam lepsza. W głośnikach rozbrzmiewały dźwięki jakiś starych piosenek z mocnym bitem, wydawało się jakby one były wręcz stworzone do tańca. Razem z Maksem ocieraliśmy się o siebie, prawie niczym para.. szkoda tylko, że do tego nam jeszcze bardzo daleko.
- Niezła jesteś. - Wyszeptał mi chłopak prosto w moje ucho. Uśmiechnęłam się na to stwierdzenie i spojrzałam na niego, po czym równie cichym głosem odpowiedziałam.
- Wiem. - Po czym posłałam mu słodkiego buziaka i poszłam w stronę baru z alkoholem.
- A podobno już tak nie pijesz. - Odezwał się głos za mną, przez co odwróciłam się w jego stronę. Przede mną stał jaśnie książę Drake we własnej osobie.
- Podobno mam cię gdzieś.
- A nie masz?
- Mam. - Odparłam zlewająco.
- To dlaczego ze mną dalej rozmawiasz? - Chłopak wciąż drążył temat.
- Jesteś denerwujący, wiesz?
- No coś tam, ktoś mi kiedyś wspomniał o tym.
- Odczep się człowieku ode mnie, okej? - Mam go już serdecznie dosyć.
- Kto gra w butelkę!? - Dobiegł mnie głos jakiejś dziewczyny, która stała na stole, aby zwrócić swoją uwagę innych. Po jej pytaniu zgłosiło się wiele chętnych osób, aczkolwiek sama zastawiałam się nad zagraniem w tę grę.
- Zagrasz? - Czy do niego nic nie dociera?
- Nie. - Odparłam i udałam się w stronę zgromadzonych ludzi, którzy byli chętni do zagrania.
- Weźcie tamtą butelkę i siadajcie. - Pokierowała wspomniana wcześniej dziewczyna wskazując na stojącą na blacie pustą, szklaną butelkę po piwie. Zajęłam miejsce pomiędzy dwoma nieznanymi mi bliżej dziewczynami i poprawiłam włosy, które spadały mi prosto na twarz.
- "Nie"? - Zacytował Drake, który właśnie usiadł obok mnie. Cóż za ironia...
- Tak. - Przekręciłam głowę w odwrotną stronę do niego i czekałam na rozpoczęcie się gry.
~♥~
Jak to zwykle odbywa się w tej grze, ludzie zadawali sobie wzajemnie pytania, lub wyzwania. Na moje szczęście stałam się ofiarą tylko jeden raz, gdzie jakaś dość sympatyczna dziewczyna zadała mi pytanie co do moich spraw łóżkowych. Dziwne? Nie sądzę, w końcu to impreza, no nie? A ja mam już 19 lat. Butelka ponownie zakręciła się i tym razem wypadło na mnie.
- Joe. - Powiedziała moja znajoma ze szkoły, Clara. Uśmiechnęłam się do niej wesoło, być może to przez procenty w moim ciele, ale wszystko wydawało mi się być zabawne i takie fantastyczne. - Pytanie, czy wyzwanie?
- Wyzwanie. - Powiedziałam pewnie, przez co dziewczyna chwilę się zastanowiła, aczkolwiek krótko po tym usłyszałam jej słowa.
- Pocałuj... - O nie, nie lubię tego. No ale cóż, takie są zasady gry. Jeszcze nikt nigdy nie umarł od jednego pocałunku... a przynajmniej tak mi się wydaję. - Drake'a. - Dokończyła dumnie. Serio? Jest tu tyle spoko chłopaków, a musiała wybrać akurat jego.
- Spoko. - Udawałam, że to przecież nic takiego. Spojrzałam na wspomnianego faceta, który szczerzył się od ucha do ucha. Przysunęłam się do niego bliżej i zwyczajnie, bez żadnych ceremonii pocałowałam go w usta. Cały ten czyn trwał może 3 minuty.
- Tylko tyle? - Posmutniał Drake, na co krzywo się na niego popatrzyłam.
- Życie.
Gra toczyła się jeszcze wiele razy, gdyż graliśmy w nią około 3 godzin. Aktualnie jest godzina 2:36, a co najlepsze nie jestem zmęczona, bawię się wręcz świetnie. No, może powiedzmy to w czasie przeszły, ponieważ w momencie gdy popijałam kolejnego drinka śmiejąc się z wcale nie zabawnych żartów społeczeństwa stojącego obok mnie, podeszła do mnie blondi, którą kojarzę z mojej imprezy.
- Joe? - Spojrzałam na nią zaciekawiona.
- No. - Dziewczyna podeszła do mnie bliżej i najzwyczajniej w świecie oblała mnie gorącą czekoladą. - Kurwa mać! Nienormalna jesteś?
- To za to, że przystawiasz się do mojego chłopaka. - Powiedziała z pogardą i wyższością.
- Pojebało cię dziewczynko? - Nadal nie rozumiem jej dziecinnego zachowania. - Czego ty ode mnie chcesz?
- Masz odczepić się od Drake'a, jasne?
- Bardzo chętnie. Problem w tym, że to najpierw on musi przestać mnie nękać!
- Ty weź spójrz lepiej na siebie, kto by cię chciał? - Zakpiła blondi.
- No widocznie twój "chłopak". - Uśmiechnęłam się do niej i chciałam już wyjść, gdy ta chwyciła mnie chamsko za rękaw mojego sweterka.
- Nie tak prędko. - Powiedziała i uderzyła mnie prosto w brzuch. Nie ukrywam, nieco mnie to zabolało, ale też bez przesady. Oddałam jej cios wycelowany w szczękę. No sory, ale ze mną się nie zaczyna. Dziewczyna automatycznie chwyciła się w obolałe miejsce i zaczęła coś krzyczeć do mnie.
- Następnym razem lepiej się zastanów nad tym co chcesz zrobić. - Powiedziawszy to wyszłam z domu Colvina. I pomyśleć, że w sekundzie ktoś potrafi zepsuć ci tak świetny humor. Ugh okropne uczucie. Na zewnątrz panował mróz, moje ciało coraz bardziej zaczynało się trząść, Zakryłam się szczelniej moim płaszczykiem i zmierzałam w stronę mojego domu. Poszłabym już spać...
~♥~
Nagle usłyszałam szelest za sobą, przez co odwróciłam się. Nikogo za mną nie było, dziwne. Może mi się tylko przesłyszało. Wszędzie był już śnieg, zaskakujące w jak szybkim czasie może spać aż tyle tego białego puchu. Znowu to samo. Gwałtownie spojrzałam za siebie. Moje serce biło sto razy szybciej. Dwa razy przesłyszeć się? Nie, to niemożliwe. Przyspieszyłam kroku, oby nic mi się nie stało tego feralnego dnia. Zaczęłam obmyślać w głowie, jak najszybciej dotrzeć do mojego bezpiecznego domu. Nagle stanęłam jak wryta w podłoże patrząc przed siebie jak zahipnotyzowana. Jak to możliwe? Nie wierzę, przecież to nierealne. Moje myśli toczyły zawistną bójkę słowną, kiedy przed mną... no właśnie przede mną? Raczej wokół mnie rozproszyło się czterech dobrze zbudowanych mężczyzn. Otoczyli mnie z każdej możliwej strony, tworząc charakterystyczny kwadrat, a ja w środku niego.
" Witaj moja kochana przyjaciółko. Nie chciałam cię budzić, a niestety musiałam już iść do domu, wiesz ciocia i te sprawy, dlatego też postanowiłam zostawić ci tylko tę karteczkę. Miłego dnia oraz zwariowanej imprezy :* Amber.
Ps. Zbyt słodko spałaś, nie miałam serca cię budzić. "
Uśmiechnęłam się sama do siebie po przeczytaniu jej zawartości. No cóż, w takim razie zostało mi samotne wypicie dwóch kaw, które przygotowałam. Do godziny 15 zamulałam siedząc na kanapie w salonie i rozmyślając nad sensem mojego życia. Tak wiem, żenujące. Dopiero po tej godzinie nabrała mnie chęć narysowania czegoś. Poszłam więc do swojego pokoju, po czym ze szuflady wyjęłam czystą kartkę papieru oraz wybrałam odpowiedni ołówek pod względem miękkości i usiadłam przy biurku po drugiej stronie pomieszczenia. Moja dłoń niemal sama szkicowała kreski i dociągnięcia na kartce. podczas rysowania byłam bardziej zamyślona niż skupiona na swojej pracy. Z czasem przede mną zaczynało być widać rysy twarzy. Nieznana mi postać nabierała kształtów oraz stawała się coraz bardziej przypominająca mi kogoś. Aczkolwiek byłam niemal pewna, że to jedynie wybryk mojej wyobraźni, w końcu jest ona dość.. potężna. Około godziny 17:30 moje dzieło było gotowe. Spojrzałam na nie z dumą, ponieważ obraz wyszedł mi całkiem nieźle. Przedstawiał on mężczyznę, a konkretniej zamaskowanego mężczyznę o czarnych jak smoła oczach, które na dobrą sprawę tylko je było widać. Osoba była ubrana cała na czarno, jego płaszcz, który miał na sobie przypominał ubranie "czarnego charakteru", niczym z jakieś filmu, a bliżej horroru. Nagle dostałam sms'a, przez co podskoczyłam lekko. Niepewnie chwyciłam komórkę w dłoń i z ulgą zaczęłam czytać treść wiadomości.
" Hejka, tu Colvin. Impreza rozpocznie się o 19, ulica to: Facamilia 309.
Liczę na twoją obecność :) "
Automatycznie zapisałam sobie numer chłopaka i na niego wysłałam odpowiedź.
" Cześć. Dzięki za info. Nie przeliczysz się dzisiaj :) "
Gdy wiadomość została wysłana, zaczęłam przeglądać zawartość mojej szafy. Sukienka, czy jednak lepiej spodnie? Spojrzałam na pogodę panującą za oknem i myślałam, że mi się przewidziało. Podeszłam bliżej szyby i stwierdziłam, że to serio się dzieje.
- Śnieg - Uśmiechnęłam się sama do siebie na to przekonanie. Tak bardzo uwielbiam zimę, szczególnie gdy jest piękna, biała i taka.. no cóż zimowa. W zaistniałej sytuacji wybór stroju jest raczej oczywisty. Przygotowałam sobie czarne rurki z wysokim stanem oraz krótką bluzkę w kolorze szarym, sięgającą mi co najwyżej do pępka. Na wierzch założyłam cieniutki sweterek oraz wysokie buty. Po ubraniu się w wcześniej wspomniane ubrania poszłam do łazienki, aby zrobić sobie odpowiedni makijaż. Nie za mocny, nie za lekki. Oraz zrobić delikatne fale z włosów. Po skończonym upiększaniu się przejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że mogę tak wyjść. Była godzina 18:17, pora ruszać. Nie brałam portfela ani innych zbędnych rzeczy, które mogłabym zgubić. Jedynie telefon oraz klucze do domu miałam przy sobie.
~♥~
- Za naszego jubilata! - Wykrzyknęła jakaś dziewczyna podnosząc do góry swój kieliszek i uderzając nim o inne, również pełne. W tej licznej grupce pijanych ludzi, była także moja osoba. Alkohol w moich żyłach płynął i przyprawiał mnie o lekkie zawroty głowy, no ale któż by się śmiał tym przejmować. Liczy się dobra zabawa, a nie jakiś tam umiar? Tak, wiem jeszcze ostatnio mówiłam coś innego.. aczkolwiek każdemu należy się chwila przerwy od świata rzeczywistego. Reasumując postanowiłam dziś nie dbać o żadne zakazy powstałe w mojej głowie, tylko bawić się jak stara Joe. Mój kieliszek ciągle był pełny, nieważne ile wypiłam każdy dookoła dolewał mi w kółko. Oczywiście ja nie mam nic przeciwko. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Zatańczysz? - Nawet nie zauważyłam kiedy podszedł do mnie Maks i poprosił o taniec. Rzecz jasna zgodziłam się, a nawet byłam bardzo chętna. Chłopak chwycił mnie za dłoń i zaprowadził w miejsce gdzie już sporo towarzystwa szalała i wywijała swoim ciałem. Wszędzie było można wyczuć pijanych ludzi, a raczej ich charakterystyczny zapach. Co ja gadam, sama nie byłam lepsza. W głośnikach rozbrzmiewały dźwięki jakiś starych piosenek z mocnym bitem, wydawało się jakby one były wręcz stworzone do tańca. Razem z Maksem ocieraliśmy się o siebie, prawie niczym para.. szkoda tylko, że do tego nam jeszcze bardzo daleko.
- Niezła jesteś. - Wyszeptał mi chłopak prosto w moje ucho. Uśmiechnęłam się na to stwierdzenie i spojrzałam na niego, po czym równie cichym głosem odpowiedziałam.
- Wiem. - Po czym posłałam mu słodkiego buziaka i poszłam w stronę baru z alkoholem.
- A podobno już tak nie pijesz. - Odezwał się głos za mną, przez co odwróciłam się w jego stronę. Przede mną stał jaśnie książę Drake we własnej osobie.
- Podobno mam cię gdzieś.
- A nie masz?
- Mam. - Odparłam zlewająco.
- To dlaczego ze mną dalej rozmawiasz? - Chłopak wciąż drążył temat.
- Jesteś denerwujący, wiesz?
- No coś tam, ktoś mi kiedyś wspomniał o tym.
- Odczep się człowieku ode mnie, okej? - Mam go już serdecznie dosyć.
- Kto gra w butelkę!? - Dobiegł mnie głos jakiejś dziewczyny, która stała na stole, aby zwrócić swoją uwagę innych. Po jej pytaniu zgłosiło się wiele chętnych osób, aczkolwiek sama zastawiałam się nad zagraniem w tę grę.
- Zagrasz? - Czy do niego nic nie dociera?
- Nie. - Odparłam i udałam się w stronę zgromadzonych ludzi, którzy byli chętni do zagrania.
- Weźcie tamtą butelkę i siadajcie. - Pokierowała wspomniana wcześniej dziewczyna wskazując na stojącą na blacie pustą, szklaną butelkę po piwie. Zajęłam miejsce pomiędzy dwoma nieznanymi mi bliżej dziewczynami i poprawiłam włosy, które spadały mi prosto na twarz.
- "Nie"? - Zacytował Drake, który właśnie usiadł obok mnie. Cóż za ironia...
- Tak. - Przekręciłam głowę w odwrotną stronę do niego i czekałam na rozpoczęcie się gry.
~♥~
Jak to zwykle odbywa się w tej grze, ludzie zadawali sobie wzajemnie pytania, lub wyzwania. Na moje szczęście stałam się ofiarą tylko jeden raz, gdzie jakaś dość sympatyczna dziewczyna zadała mi pytanie co do moich spraw łóżkowych. Dziwne? Nie sądzę, w końcu to impreza, no nie? A ja mam już 19 lat. Butelka ponownie zakręciła się i tym razem wypadło na mnie.
- Joe. - Powiedziała moja znajoma ze szkoły, Clara. Uśmiechnęłam się do niej wesoło, być może to przez procenty w moim ciele, ale wszystko wydawało mi się być zabawne i takie fantastyczne. - Pytanie, czy wyzwanie?
- Wyzwanie. - Powiedziałam pewnie, przez co dziewczyna chwilę się zastanowiła, aczkolwiek krótko po tym usłyszałam jej słowa.
- Pocałuj... - O nie, nie lubię tego. No ale cóż, takie są zasady gry. Jeszcze nikt nigdy nie umarł od jednego pocałunku... a przynajmniej tak mi się wydaję. - Drake'a. - Dokończyła dumnie. Serio? Jest tu tyle spoko chłopaków, a musiała wybrać akurat jego.
- Spoko. - Udawałam, że to przecież nic takiego. Spojrzałam na wspomnianego faceta, który szczerzył się od ucha do ucha. Przysunęłam się do niego bliżej i zwyczajnie, bez żadnych ceremonii pocałowałam go w usta. Cały ten czyn trwał może 3 minuty.
- Tylko tyle? - Posmutniał Drake, na co krzywo się na niego popatrzyłam.
- Życie.
Gra toczyła się jeszcze wiele razy, gdyż graliśmy w nią około 3 godzin. Aktualnie jest godzina 2:36, a co najlepsze nie jestem zmęczona, bawię się wręcz świetnie. No, może powiedzmy to w czasie przeszły, ponieważ w momencie gdy popijałam kolejnego drinka śmiejąc się z wcale nie zabawnych żartów społeczeństwa stojącego obok mnie, podeszła do mnie blondi, którą kojarzę z mojej imprezy.
- Joe? - Spojrzałam na nią zaciekawiona.
- No. - Dziewczyna podeszła do mnie bliżej i najzwyczajniej w świecie oblała mnie gorącą czekoladą. - Kurwa mać! Nienormalna jesteś?
- To za to, że przystawiasz się do mojego chłopaka. - Powiedziała z pogardą i wyższością.
- Pojebało cię dziewczynko? - Nadal nie rozumiem jej dziecinnego zachowania. - Czego ty ode mnie chcesz?
- Masz odczepić się od Drake'a, jasne?
- Bardzo chętnie. Problem w tym, że to najpierw on musi przestać mnie nękać!
- Ty weź spójrz lepiej na siebie, kto by cię chciał? - Zakpiła blondi.
- No widocznie twój "chłopak". - Uśmiechnęłam się do niej i chciałam już wyjść, gdy ta chwyciła mnie chamsko za rękaw mojego sweterka.
- Nie tak prędko. - Powiedziała i uderzyła mnie prosto w brzuch. Nie ukrywam, nieco mnie to zabolało, ale też bez przesady. Oddałam jej cios wycelowany w szczękę. No sory, ale ze mną się nie zaczyna. Dziewczyna automatycznie chwyciła się w obolałe miejsce i zaczęła coś krzyczeć do mnie.
- Następnym razem lepiej się zastanów nad tym co chcesz zrobić. - Powiedziawszy to wyszłam z domu Colvina. I pomyśleć, że w sekundzie ktoś potrafi zepsuć ci tak świetny humor. Ugh okropne uczucie. Na zewnątrz panował mróz, moje ciało coraz bardziej zaczynało się trząść, Zakryłam się szczelniej moim płaszczykiem i zmierzałam w stronę mojego domu. Poszłabym już spać...
~♥~Nagle usłyszałam szelest za sobą, przez co odwróciłam się. Nikogo za mną nie było, dziwne. Może mi się tylko przesłyszało. Wszędzie był już śnieg, zaskakujące w jak szybkim czasie może spać aż tyle tego białego puchu. Znowu to samo. Gwałtownie spojrzałam za siebie. Moje serce biło sto razy szybciej. Dwa razy przesłyszeć się? Nie, to niemożliwe. Przyspieszyłam kroku, oby nic mi się nie stało tego feralnego dnia. Zaczęłam obmyślać w głowie, jak najszybciej dotrzeć do mojego bezpiecznego domu. Nagle stanęłam jak wryta w podłoże patrząc przed siebie jak zahipnotyzowana. Jak to możliwe? Nie wierzę, przecież to nierealne. Moje myśli toczyły zawistną bójkę słowną, kiedy przed mną... no właśnie przede mną? Raczej wokół mnie rozproszyło się czterech dobrze zbudowanych mężczyzn. Otoczyli mnie z każdej możliwej strony, tworząc charakterystyczny kwadrat, a ja w środku niego.
sobota, 5 listopada 2016
Rozdział 8
Wczorajsza impreza była udana, podobała się mi tak, jak i innym. Najgorszy był bałagan, od dwóch godzin sprzątam dom wraz z trzema znajomymi. Nie wyobrażam sobie sama ogarniać tego całego syfu, a Amber, czyli osoba, która mnie do tego namówiła nadal śpi i z pewnością nie wstanie tak prędko. Jak dobrze, że przynajmniej nie ma dziś szkoły, mam czas na dokładne posprzątanie.
- Joe? - Spojrzałam w kierunku Maksa, który trzymał w ręku rozbity wazon moich rodziców. O Boże nawet nie zauważyłam tego, przecież starsi mnie zabiją za to. Maks dostrzegł moje zmartwienie na twarzy.
- Nie martw się. Pomogę ci to naprawić. - Zaoferował, na co uśmiechnęłam się smutno.
- Wątpię żeby coś z tego wyszło.
- Zawsze warto spróbować. - Stwierdził siadając na kanapie i kładąc przed sobą wazon w kilku częściach. Z powrotem zajęłam się sprzątaniem pozostałości wczorajszej zabawy. Około godziny 11 moja kochana przyjaciółka raczyła wreszcie wstać i zejść na dół.
- O, kogo me oczy widzą. - Udałam zdziwienie, a zarazem rozbawienie.
- Ciszej. - Wyszeptała Amber zakrywając sobie uszy.
- Oj czyżbyś miała kaca? - Zakpiłam z niej, denerwuję mnie takie nieodpowiedzialne zachowanie. Ja rozumiem napić się, ale nie upić się, a ona najwyraźniej nie zna umiaru i nie potrafi się pohamować w odpowiednim momencie. Tacy ludzie nie powinni w ogóle mieć styczności z alkoholem.
- Daruj sobie. - Odparła poddenerwowana dziewczyna. - Lepiej daj mi wody. - Wyjęłam butelkę z lodówki i podałam ją spragnionej przyjaciółce, a raczej wysuszonej. W drugiej ręce trzymałam tabletki.
- Trzymaj. Pomoże ci.
~♥~
Gdy skończyliśmy sprzątać, a Amber nieco przeszedł podły ból zdecydowałyśmy, że pójdziemy na kawę do pobliskiej kawiarni. Ubrałyśmy się w odpowiednie ubranie i wyszłyśmy wcześniej zamykając dom.
- Dalej boli? - Spytałam, żeby zacząć temat, a tym samym przerwać tą krępującą ciszę między nami.
- Hm? - Popatrzyła na mnie nie rozumiejąc mojego pytania.
- Głowa. Czy nadal boli cię głowa?
- A, już dużo lepiej. - Uśmiechnęła się do mnie, po czym skupiła swój wzrok na krajobrazie przed nami. Droga do celu trwała mniej więcej pół godziny. Oczywiście można tam dojść w krótszym czasie, ale nigdzie nam się nie spieszy. W końcu miał być to spacer, a nie wyścig. Zwykle nie przepadam za kawą, ale czasem najdzie mnie ochota jednak. Spacer jak i kofeina rozluźniły moje spięte ciało i pozwoliły zwyczajnie wyluzować. Jutro kolejna domówka, moje życie to dno. No bo jak może nim nie być skoro całe opiera się głównie na imprezach.
- Jak to możliwe, że ty nie masz kaca? - Nudziła przyjaciółka siedząc na przeciwko mnie w lokalu.
- Może dlatego, że nie wypiłam tyle. - Przewróciłam oczach mówiąc to.
- Nie kłam, widziałam, że piłaś.
- Z umiarem. - Dodałam z lekkim uśmiechem.
- Ciekawe od kiedy ty masz z czymkolwiek umiar. - Zaśmiała się dziewczyna .
- Nadszedł czas by w końcu dorosnąć. - Również okazywałam dobry nastrój.
-Idziesz ze mną na urodziny Colvina? - Spytałam, bo akurat w tym momencie przypomniałam sobie o jutrzejszej imprezie.
- Kto to?
- Gadałaś wczoraj z nimi dość sporo, sądziłam, że chociaż spytałaś o imię. - Nabijałam się z zdziwionej Amber.
- Zabawa była zbyt fajna, żeby ją psuć zbędnymi pytaniami. - Uśmiechnęła się zadziornie do mnie, na co wybuchłam niekontrolowanym śmiechem.
- Nie wątpię. szczególnie, że nic z niej nie pamiętasz.
- Ej ej bez takich. A wracając do pytania, to niestety nie dam rady jutro.
- Czemu? - Spytałam zaciekawiona faktem, że Amber odpuszcza sobie zabawę.
- Ciotka ze stanów do mnie przyjeżdża, jednak pasuje żebym wtedy była.
~♥~
- Zjadłabym coś dobrego. - Ten tekst to codzienność u Amber, słyszę go minimum raz dziennie.
- Lody? - Zasugerowałam, ponieważ akurat przechodziłyśmy obok lodziarni.
- Nie.
- Jakieś ciasto?
- Nie.
- Hm.. to może pizza?
- Tak, to jest to. Zjadłabym pizze. - Zaśmiała się uradowana dziewczyna. W sumie to sama też bym ją przekąsiła.
- Chodźmy do sklepu. Zrobimy same pizze.
~♥~
Robienie pizzy.. robienie czegokolwiek z Amber równało się ogromny bałagan dosłownie wszędzie. Miałyśmy przy tym mnóstwo zabawy i śmiechu. Tym razem dziewczyna nie okazała się być totalną suką, tylko pomogła mi sprzątnąć nieporządek, który razem zrobiłyśmy. Pizza wyszła nam świetna, pomimo tego, że w jej skład wchodziło tyle rzeczy, co nigdzie indziej. Pierwszy raz jadłam tak bogatą w składniki pizze. Jadłyśmy ją oglądając nasz ulubiony serial w telewizji. Nim się obejrzałyśmy było już ciemno.
- Która jest godzina? - Nagle spytała mnie przyjaciółka podnosząc się z wygodnej pozycji. Spojrzałam na zegarek na ścianie.
- 20:48.
- O cholera. Muszę już iść.
- Nigdzie nie idziesz. Amber ciemno już jest. - W naszej okolice zawsze było mówione, że nie wolno wychodzić samemu o późnej porze z domu. To nie jest zbyt spokojne miejsce, a chyba lepiej nie kusić losu, prawda?
- Joe, spokojnie. Nic mi nie będzie. - Próbowała uspokoić mnie dziewczyna, ale na mnie to nie działa.
- Nie ma mowy.
- Zrozum, jestem zmęczona. Nic mi nie będzie, a przynajmniej wrócę do domu.
- Amber. Jesteś moją przyjaciółką i nie pozwolę na to, żeby coś ci się stało. Jeśli jesteś zmęczona to możesz iść już spać. - Dziewczyna przekonała się co do moich słów i poszła na górę wziąć prysznic, a następnie położyła się.
- Joe? - Spojrzałam w kierunku Maksa, który trzymał w ręku rozbity wazon moich rodziców. O Boże nawet nie zauważyłam tego, przecież starsi mnie zabiją za to. Maks dostrzegł moje zmartwienie na twarzy.
- Nie martw się. Pomogę ci to naprawić. - Zaoferował, na co uśmiechnęłam się smutno.
- Wątpię żeby coś z tego wyszło.
- Zawsze warto spróbować. - Stwierdził siadając na kanapie i kładąc przed sobą wazon w kilku częściach. Z powrotem zajęłam się sprzątaniem pozostałości wczorajszej zabawy. Około godziny 11 moja kochana przyjaciółka raczyła wreszcie wstać i zejść na dół.
- O, kogo me oczy widzą. - Udałam zdziwienie, a zarazem rozbawienie.
- Ciszej. - Wyszeptała Amber zakrywając sobie uszy.
- Oj czyżbyś miała kaca? - Zakpiłam z niej, denerwuję mnie takie nieodpowiedzialne zachowanie. Ja rozumiem napić się, ale nie upić się, a ona najwyraźniej nie zna umiaru i nie potrafi się pohamować w odpowiednim momencie. Tacy ludzie nie powinni w ogóle mieć styczności z alkoholem.
- Daruj sobie. - Odparła poddenerwowana dziewczyna. - Lepiej daj mi wody. - Wyjęłam butelkę z lodówki i podałam ją spragnionej przyjaciółce, a raczej wysuszonej. W drugiej ręce trzymałam tabletki.
- Trzymaj. Pomoże ci.
~♥~
Gdy skończyliśmy sprzątać, a Amber nieco przeszedł podły ból zdecydowałyśmy, że pójdziemy na kawę do pobliskiej kawiarni. Ubrałyśmy się w odpowiednie ubranie i wyszłyśmy wcześniej zamykając dom.
- Dalej boli? - Spytałam, żeby zacząć temat, a tym samym przerwać tą krępującą ciszę między nami.
- Hm? - Popatrzyła na mnie nie rozumiejąc mojego pytania.
- Głowa. Czy nadal boli cię głowa?
- A, już dużo lepiej. - Uśmiechnęła się do mnie, po czym skupiła swój wzrok na krajobrazie przed nami. Droga do celu trwała mniej więcej pół godziny. Oczywiście można tam dojść w krótszym czasie, ale nigdzie nam się nie spieszy. W końcu miał być to spacer, a nie wyścig. Zwykle nie przepadam za kawą, ale czasem najdzie mnie ochota jednak. Spacer jak i kofeina rozluźniły moje spięte ciało i pozwoliły zwyczajnie wyluzować. Jutro kolejna domówka, moje życie to dno. No bo jak może nim nie być skoro całe opiera się głównie na imprezach.
- Jak to możliwe, że ty nie masz kaca? - Nudziła przyjaciółka siedząc na przeciwko mnie w lokalu.
- Może dlatego, że nie wypiłam tyle. - Przewróciłam oczach mówiąc to.
- Nie kłam, widziałam, że piłaś.
- Z umiarem. - Dodałam z lekkim uśmiechem.
- Ciekawe od kiedy ty masz z czymkolwiek umiar. - Zaśmiała się dziewczyna .
- Nadszedł czas by w końcu dorosnąć. - Również okazywałam dobry nastrój.
-Idziesz ze mną na urodziny Colvina? - Spytałam, bo akurat w tym momencie przypomniałam sobie o jutrzejszej imprezie.
- Kto to?
- Gadałaś wczoraj z nimi dość sporo, sądziłam, że chociaż spytałaś o imię. - Nabijałam się z zdziwionej Amber.
- Zabawa była zbyt fajna, żeby ją psuć zbędnymi pytaniami. - Uśmiechnęła się zadziornie do mnie, na co wybuchłam niekontrolowanym śmiechem.
- Nie wątpię. szczególnie, że nic z niej nie pamiętasz.
- Ej ej bez takich. A wracając do pytania, to niestety nie dam rady jutro.
- Czemu? - Spytałam zaciekawiona faktem, że Amber odpuszcza sobie zabawę.
- Ciotka ze stanów do mnie przyjeżdża, jednak pasuje żebym wtedy była.
~♥~
- Zjadłabym coś dobrego. - Ten tekst to codzienność u Amber, słyszę go minimum raz dziennie.
- Lody? - Zasugerowałam, ponieważ akurat przechodziłyśmy obok lodziarni.
- Nie.
- Jakieś ciasto?
- Nie.
- Hm.. to może pizza?
- Tak, to jest to. Zjadłabym pizze. - Zaśmiała się uradowana dziewczyna. W sumie to sama też bym ją przekąsiła.
- Chodźmy do sklepu. Zrobimy same pizze.
~♥~
Robienie pizzy.. robienie czegokolwiek z Amber równało się ogromny bałagan dosłownie wszędzie. Miałyśmy przy tym mnóstwo zabawy i śmiechu. Tym razem dziewczyna nie okazała się być totalną suką, tylko pomogła mi sprzątnąć nieporządek, który razem zrobiłyśmy. Pizza wyszła nam świetna, pomimo tego, że w jej skład wchodziło tyle rzeczy, co nigdzie indziej. Pierwszy raz jadłam tak bogatą w składniki pizze. Jadłyśmy ją oglądając nasz ulubiony serial w telewizji. Nim się obejrzałyśmy było już ciemno.
- Która jest godzina? - Nagle spytała mnie przyjaciółka podnosząc się z wygodnej pozycji. Spojrzałam na zegarek na ścianie.
- 20:48.
- O cholera. Muszę już iść.
- Nigdzie nie idziesz. Amber ciemno już jest. - W naszej okolice zawsze było mówione, że nie wolno wychodzić samemu o późnej porze z domu. To nie jest zbyt spokojne miejsce, a chyba lepiej nie kusić losu, prawda?
- Joe, spokojnie. Nic mi nie będzie. - Próbowała uspokoić mnie dziewczyna, ale na mnie to nie działa.
- Nie ma mowy.
- Zrozum, jestem zmęczona. Nic mi nie będzie, a przynajmniej wrócę do domu.
- Amber. Jesteś moją przyjaciółką i nie pozwolę na to, żeby coś ci się stało. Jeśli jesteś zmęczona to możesz iść już spać. - Dziewczyna przekonała się co do moich słów i poszła na górę wziąć prysznic, a następnie położyła się.
wtorek, 1 listopada 2016
Rozdział 7
Po długim czasie pracy, wreszcie wszystko było gotowe. Około godziny 20 przyszli pierwsi goście, a za nimi kolejni i następni. Razem z przyjaciółką założyłyśmy cudowne sukienki, które podkreślały nasze kształty oraz naszą kobiecą naturę. Rzadko kiedy ubieram tego typu odzież, co wcale nie oznacza, że jej nie lubię.
~♥~
Impreza trwała w najlepsze. Głośna muzyka, smaczne przekąski, pijane towarzystwo... to dokładnie to co kręci dzisiejszą młodzież. Dlaczego? Nie wiem, być może to kwestia szpanu. Niby zawsze niepełnoletni mieli lepkie rączki co do alkoholu, ale wcześniej domówki były na poziomie, nie to co jest teraz. Około godziny 2 zdziwiona Amber przyszła do mnie i przeszkodziła mi w rozmowie ze znajomymi ze szkoły. Chwyciła mnie za ramię i pociągnęła w bok.
- Co jest? - Spojrzałam na nią gniewnie.
- Zaprosiłaś Drake'a?
- Nie. - Odpowiedziałam automatycznie. Dziewczyna wskazała w kierunku chłopaka, który wcale nie jest tu mile widziany.
- Co on tu robi?
- Myślałam, że ty coś o tym wiesz.
- No coś ty. Nie zapraszałam go.
- Widać, że nie przyszedł tu sam. - Spojrzałam w jego stronę raz jeszcze. Faktycznie dostrzegłam jak obściskuje się z farbowaną blondynką. Boże, w czym on gustuje.
- Zaraz się tym zajmę. - Odparłam zdenerwowana, na co Amber przytaknęła i poszła nalać sobie wódki. Podeszłam do chłopaka zwinnym krokiem.
- Co ty tu robisz? - Zadałam pytanie z nutką wredności i charakterystycznym jadem w głosie.
-Bawię się, nie widać?
- Widzę. Aczkolwiek zastanawiam się kto cię tu zaprosił. - Spojrzałam ironicznie na niego.
- No weź, Joe... chłopaka nie zaprosisz?
- Byłego. - Dodałam wrednie. - A to oznacza, że nie.
- Joe, słońce...
- Wypad. - Drake nieoczekiwanie zbliżył się do mnie, przez co cofnęłam się, lecz wtedy chłopak wpił się ustami w moje i zaczął mnie namiętnie całować. Przez moment nie wiedziałam co się dzieje, lecz szybko odzyskałam zdrowym rozsądek. Położyłam dłonie na jego klatce piersiowej i całych sił próbowałam go odepchnąć, lecz to nic nie dawało. Zauważyłam wzrok blondi na sobie, W jej oczach można było dostrzec zazdrość, nie dziwię się, ale kurde bierz go sobie.
- Zostaw mnie, - Drake olał moje słowa i wciąż mnie całował. Jezu mam dość jego całego.
- Spierdalaj od niej. - Usłyszałam głos za mną. Nie wiem kto to, ale chłopak odsunął się ode mnie i spojrzał na tamtego, który się odezwał.
- Masz jakiś problem? - Były gniewnie podszedł do odważnego śmiałka i uderzył go prosto w nos z pięści. Zapiszczałam zdziwiona jego zachowaniem.
- Kurwa, Drake. Oszalałeś? - Chwyciłam go za ramię, żeby odepchnąć od tego niewinnego nieznajomego.
- Nikt nie ma prawa mi przeszkadzać. - Po tym znów zaczął go okładać pięściami. To okropny widok, nie polecam.
- Wypad śmieciu!
- Drake, wyjdź. - Rozkazałam , lecz on nic sobie z tego nie zrobił. Nadal bił chłopaka, ale on również nie był mu dłużny. Myślę, że walka była równa, obaj są dobrze zbudowani.
- Koniec tego. - Wrzasnął na niego tak głośno i potężnie, że podskoczyłam. - Joe mówi, że masz wyjść, to wypierdalaj skurwielu. - Drake spojrzał na niego gniewnie, ale ustąpił.
- Wszyscy jesteście pojebani - Powiedział i skierował się w stronę wyjścia, po czym po chwili już go nie było.
- Dzięk... - Chciałam podziękować, lecz już go nie było. Nawet nie wiem kim on był i myślę, że już się nie dowiem.
~♥~
Wróciłam do Amber, lecz wcześniej musiałam ją jeszcze znaleźć. W ostateczności znalazłam ją na zewnątrz w towarzystwie jakiś dwóch chłopaków. Gdy podeszłam do niej bliżej dostrzegłam ,że daleko jej do trzeźwości.
- Nie pal tyle, bo nie urośniesz. - Zagadałam, kiedy byłam już dostatecznie blisko.
- I tak jestem już wysoka! Jak orzeł! - Zaśmiała się wesoło przyjaciółka wymachując na mnie dziwnie rękoma.
- Orzeł? - Również zachichotałam z jej porównania. - Chyba wierzba. - Poprawiłam ją na co jeszcze bardziej zaczęła się śmiać.
- Amber ma własne stwierdzenia. - Powiedział jeden z chłopaków dość wrednym tonem.
- Szkoda, że nie prawdziwe.
- Nie wszystko co fajne musi być realne.
- Skończ. Chce pogadać z Amber, więc wypad. - Ja mam dobrą cierpliwość, ale wszystko do czasu.
- Spoko, spoko. Już nas nie ma.
- O zapomniałbym. - Odezwał się ten drugi do mnie, przez co przykuł moją uwagę.
- O czym? - Dopytałam, bo wyglądał jakby się zwiesił.
- Pojutrze robię imprezę urodzinową. Wpadniesz?
- Ja? No oczywiście. - Odpowiedziała Amber, lecz wcale nie do niej był skierowane to pytanie.
- Pytam Joe. - Upomniał ją chłopak. Spojrzałam na niego zaciekawiona, ale przytaknęłam.
- Jasne. - Uśmiechnęłam się miło do niego.
- Super. Szczegóły prześle ci sms'em. - Dodał i poszedł w stronę kolegi.
- Miłej zabawy. - Odpowiedziałam jeszcze na odchodne i z powrotem spojrzałam na pijaną dziewczynę.
- Musiałaś tyle pić? - Obdarzyłam ją gniewnym spojrzeniem. Denerwuję mnie takie lekkomyślne zachowanie.
- Wyluzuj młoda. - Przyjaciółka olała moje pytanie. - Spać mi się chce. - Chwyciłam ją za rękę i bez zastanowienia zaprowadziłam do mojego pokoju.
- Masz tu siedzieć, a najlepiej idź spać.
- Idę spać. - Stwierdziłam i rzuciła się na moje łóżko. Zamknęłam ją i zeszłam na dół do reszty.
~♥~
Impreza trwała w najlepsze. Głośna muzyka, smaczne przekąski, pijane towarzystwo... to dokładnie to co kręci dzisiejszą młodzież. Dlaczego? Nie wiem, być może to kwestia szpanu. Niby zawsze niepełnoletni mieli lepkie rączki co do alkoholu, ale wcześniej domówki były na poziomie, nie to co jest teraz. Około godziny 2 zdziwiona Amber przyszła do mnie i przeszkodziła mi w rozmowie ze znajomymi ze szkoły. Chwyciła mnie za ramię i pociągnęła w bok.
- Co jest? - Spojrzałam na nią gniewnie.
- Zaprosiłaś Drake'a?
- Nie. - Odpowiedziałam automatycznie. Dziewczyna wskazała w kierunku chłopaka, który wcale nie jest tu mile widziany.
- Co on tu robi?
- Myślałam, że ty coś o tym wiesz.
- No coś ty. Nie zapraszałam go.
- Widać, że nie przyszedł tu sam. - Spojrzałam w jego stronę raz jeszcze. Faktycznie dostrzegłam jak obściskuje się z farbowaną blondynką. Boże, w czym on gustuje.
- Zaraz się tym zajmę. - Odparłam zdenerwowana, na co Amber przytaknęła i poszła nalać sobie wódki. Podeszłam do chłopaka zwinnym krokiem.
- Co ty tu robisz? - Zadałam pytanie z nutką wredności i charakterystycznym jadem w głosie.
-Bawię się, nie widać?
- Widzę. Aczkolwiek zastanawiam się kto cię tu zaprosił. - Spojrzałam ironicznie na niego.
- No weź, Joe... chłopaka nie zaprosisz?
- Byłego. - Dodałam wrednie. - A to oznacza, że nie.
- Joe, słońce...
- Wypad. - Drake nieoczekiwanie zbliżył się do mnie, przez co cofnęłam się, lecz wtedy chłopak wpił się ustami w moje i zaczął mnie namiętnie całować. Przez moment nie wiedziałam co się dzieje, lecz szybko odzyskałam zdrowym rozsądek. Położyłam dłonie na jego klatce piersiowej i całych sił próbowałam go odepchnąć, lecz to nic nie dawało. Zauważyłam wzrok blondi na sobie, W jej oczach można było dostrzec zazdrość, nie dziwię się, ale kurde bierz go sobie.
- Zostaw mnie, - Drake olał moje słowa i wciąż mnie całował. Jezu mam dość jego całego.
- Spierdalaj od niej. - Usłyszałam głos za mną. Nie wiem kto to, ale chłopak odsunął się ode mnie i spojrzał na tamtego, który się odezwał.
- Masz jakiś problem? - Były gniewnie podszedł do odważnego śmiałka i uderzył go prosto w nos z pięści. Zapiszczałam zdziwiona jego zachowaniem.
- Kurwa, Drake. Oszalałeś? - Chwyciłam go za ramię, żeby odepchnąć od tego niewinnego nieznajomego.
- Nikt nie ma prawa mi przeszkadzać. - Po tym znów zaczął go okładać pięściami. To okropny widok, nie polecam.
- Wypad śmieciu!
- Drake, wyjdź. - Rozkazałam , lecz on nic sobie z tego nie zrobił. Nadal bił chłopaka, ale on również nie był mu dłużny. Myślę, że walka była równa, obaj są dobrze zbudowani.
- Koniec tego. - Wrzasnął na niego tak głośno i potężnie, że podskoczyłam. - Joe mówi, że masz wyjść, to wypierdalaj skurwielu. - Drake spojrzał na niego gniewnie, ale ustąpił.
- Wszyscy jesteście pojebani - Powiedział i skierował się w stronę wyjścia, po czym po chwili już go nie było.
- Dzięk... - Chciałam podziękować, lecz już go nie było. Nawet nie wiem kim on był i myślę, że już się nie dowiem.
~♥~
Wróciłam do Amber, lecz wcześniej musiałam ją jeszcze znaleźć. W ostateczności znalazłam ją na zewnątrz w towarzystwie jakiś dwóch chłopaków. Gdy podeszłam do niej bliżej dostrzegłam ,że daleko jej do trzeźwości.
- Nie pal tyle, bo nie urośniesz. - Zagadałam, kiedy byłam już dostatecznie blisko.
- I tak jestem już wysoka! Jak orzeł! - Zaśmiała się wesoło przyjaciółka wymachując na mnie dziwnie rękoma.
- Orzeł? - Również zachichotałam z jej porównania. - Chyba wierzba. - Poprawiłam ją na co jeszcze bardziej zaczęła się śmiać.
- Amber ma własne stwierdzenia. - Powiedział jeden z chłopaków dość wrednym tonem.
- Szkoda, że nie prawdziwe.
- Nie wszystko co fajne musi być realne.
- Skończ. Chce pogadać z Amber, więc wypad. - Ja mam dobrą cierpliwość, ale wszystko do czasu.
- Spoko, spoko. Już nas nie ma.
- O zapomniałbym. - Odezwał się ten drugi do mnie, przez co przykuł moją uwagę.
- O czym? - Dopytałam, bo wyglądał jakby się zwiesił.
- Pojutrze robię imprezę urodzinową. Wpadniesz?
- Ja? No oczywiście. - Odpowiedziała Amber, lecz wcale nie do niej był skierowane to pytanie.
- Pytam Joe. - Upomniał ją chłopak. Spojrzałam na niego zaciekawiona, ale przytaknęłam.
- Jasne. - Uśmiechnęłam się miło do niego.
- Super. Szczegóły prześle ci sms'em. - Dodał i poszedł w stronę kolegi.
- Miłej zabawy. - Odpowiedziałam jeszcze na odchodne i z powrotem spojrzałam na pijaną dziewczynę.
- Musiałaś tyle pić? - Obdarzyłam ją gniewnym spojrzeniem. Denerwuję mnie takie lekkomyślne zachowanie.
- Wyluzuj młoda. - Przyjaciółka olała moje pytanie. - Spać mi się chce. - Chwyciłam ją za rękę i bez zastanowienia zaprowadziłam do mojego pokoju.
- Masz tu siedzieć, a najlepiej idź spać.
- Idę spać. - Stwierdziłam i rzuciła się na moje łóżko. Zamknęłam ją i zeszłam na dół do reszty.
poniedziałek, 31 października 2016
Rozdział 6
- Dzień dobry Państwu. - Amber przywitała się z moimi rodzicami, na co oni przyjaźnie uśmiechnęli się.
- O witaj Amber. Dawno cię już tu nie było. - Stwierdziła mama, po czym dodała. - Co tam u ciebie słychać?
- A wszystko dobrze, ostatnio mamy sporo nauki, dlatego tak rzadko odwiedzałam Joe. - Przyjaciółka kulturalnie odpowiedziała.
- Siadajcie, podać coś do picia? Może zgłodniałaś? Mogę coś przygotować. - Mama jak zwykle wpadła w wir opiekuńczości i zaatakowała mojego gościa setkami pytań. Amber miło uśmiechnęła się.
- Nie, dziękuję. Jedynie poproszę szklankę wody.
- Oczywiście, już przynoszę. - Usiadłyśmy przy stole aż mama wróciła z wspomnianą wcześniej wodą. - Co dzisiaj robicie?
- Nie wiem, zapewne posiedzimy u góry. - Odpowiedziałam miło mamie. Jeszcze chwilę porozmawiałyśmy z moją rodzicielką, gdy ta nagle tak jakby coś sobie przypomniała.
- Prawie bym zapomniała. Wyjeżdżamy z ojcem w delegacje.
- Ty? - Zdziwiłam się. Przecież mama nigdy jeszcze nie jechała nigdzie z tatą, a już szczególnie w sprawach biznesowych.
- Tak. Tata potrzebuje kogoś do pomocy, wiesz bardziej rachunkowość. - Wytłumaczyła spokojnie. Znowu będę sama w domu, niby dobrze, ale z drugiej strony znów zostaje sama, przez to czuje się czasem samotnie. Wszystkim wydaje się, że mieć rodziców biznesmenów to takie fajne i w ogóle. Niby tak, ale najgorsza w tym jest ta samotność oraz poczucie braku miłości, zainteresowania.
- Kiedy? - Mama wydała się dość zakłopotana tym pytaniem, ale po chwili spokojnie odpowiedziała.
- O 17.
- Dziś? - Moje zszokowanie sięgało zenitu.
- No tak.
- Ale przecież to za trzy godziny.
- Tak, wiem o tym. Dlatego też idę się przygotować.
- Dobrze. - Odpowiedziałam nadal bardzo zdziwiona.
- Chodźmy na górę. - Zasugerowała Amber i wstała powoli patrząc na mnie. Oczywiście również zrobiłam to samo i poszłyśmy do mnie, do pokoju.
- Oglądamy coś? - Musiałam oddalić swoje myśli od odrobinę od zaistniałej sytuacji.
- Pewnie.
- Czekaj, przyniosę laptopa. - Tak, jak powiedziałam, tak też zrobiłam. Wstałam i podniosłam wspomniany wcześniej przedmiot. Z powrotem usiadłam na łóżku przy Amber i położyłam go sobie na kolanach. Przyjaciółka położyła się na łóżku obok mnie.
- Horrory? - Dziewczyna przytaknęła i poprawiła się. Włączyłam youtube i zaczęłyśmy przeglądać różne zwiastuny. Po pół godziny wreszcie wybrałyśmy ciekawy film, a przynajmniej zwiastun, który najbardziej nas zainteresował.
~♥~
- Laska, mam genialny pomysł. - Nagle Amber wypaliła, gdy film dobiegał końca.
- No co wymyśliłaś tym razem?
- Imprezę. - Odpowiedziała dumnie oraz z podekscytowaniem w oczach.
- Znowu? - Nie wiem co tak "genialnego" jest w kolejnej imprezie.
- Twoją imprezę.
- Moją? Moją imprezę?
- Tak, dokładnie. - Przytaknęła uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Ciekawe kto miałby się tym wszystkim zająć. - Nie podoba mi się ten pomysł. Domówki są spoko, ale nie lubię być gospodarzem. Dlaczego? Myślę, że to proste. Chyba nikt nie chciałby pilnować pijanego towarzystwa przez pół nocy.
- No my. - Odpowiedziała jakby to było oczywiste, może dlatego, że w sumie było.
- Nie ma mowy, ja na to się nie piszę. - Od razu wymiguję się z jej pomysłu.
- Ale Joe no...
- Nie. Czy ty nie rozumiesz słowa "nie"?
- Nie. Spójrz na to z innej strony. Rzadko kiedy masz taką możliwość.
- Amber...
- Nie masz nic do gadania w tym momencie. - Sprostowała i nie dała mi dojść do słowa. W ostateczności poddałam się, Chyba jedna domówka nikomu nie zaszkodzi, no nie?
- Dobra. No to tak.. ja zajmę się zapraszaniem i przygotowaniem domu, a ty pójdziesz kupić alko i inne przekąski. - Zaplanowałam, po czym wzięłyśmy się do roboty. Zajmowanie się przygotowaniem dobrej "zabawy" niestety wymaga wiele poświęceń.
- O witaj Amber. Dawno cię już tu nie było. - Stwierdziła mama, po czym dodała. - Co tam u ciebie słychać?
- A wszystko dobrze, ostatnio mamy sporo nauki, dlatego tak rzadko odwiedzałam Joe. - Przyjaciółka kulturalnie odpowiedziała.
- Siadajcie, podać coś do picia? Może zgłodniałaś? Mogę coś przygotować. - Mama jak zwykle wpadła w wir opiekuńczości i zaatakowała mojego gościa setkami pytań. Amber miło uśmiechnęła się.
- Nie, dziękuję. Jedynie poproszę szklankę wody.
- Oczywiście, już przynoszę. - Usiadłyśmy przy stole aż mama wróciła z wspomnianą wcześniej wodą. - Co dzisiaj robicie?
- Nie wiem, zapewne posiedzimy u góry. - Odpowiedziałam miło mamie. Jeszcze chwilę porozmawiałyśmy z moją rodzicielką, gdy ta nagle tak jakby coś sobie przypomniała.
- Prawie bym zapomniała. Wyjeżdżamy z ojcem w delegacje.
- Ty? - Zdziwiłam się. Przecież mama nigdy jeszcze nie jechała nigdzie z tatą, a już szczególnie w sprawach biznesowych.
- Tak. Tata potrzebuje kogoś do pomocy, wiesz bardziej rachunkowość. - Wytłumaczyła spokojnie. Znowu będę sama w domu, niby dobrze, ale z drugiej strony znów zostaje sama, przez to czuje się czasem samotnie. Wszystkim wydaje się, że mieć rodziców biznesmenów to takie fajne i w ogóle. Niby tak, ale najgorsza w tym jest ta samotność oraz poczucie braku miłości, zainteresowania.
- Kiedy? - Mama wydała się dość zakłopotana tym pytaniem, ale po chwili spokojnie odpowiedziała.
- O 17.
- Dziś? - Moje zszokowanie sięgało zenitu.
- No tak.
- Ale przecież to za trzy godziny.
- Tak, wiem o tym. Dlatego też idę się przygotować.
- Dobrze. - Odpowiedziałam nadal bardzo zdziwiona.
- Chodźmy na górę. - Zasugerowała Amber i wstała powoli patrząc na mnie. Oczywiście również zrobiłam to samo i poszłyśmy do mnie, do pokoju.
- Oglądamy coś? - Musiałam oddalić swoje myśli od odrobinę od zaistniałej sytuacji.
- Pewnie.
- Czekaj, przyniosę laptopa. - Tak, jak powiedziałam, tak też zrobiłam. Wstałam i podniosłam wspomniany wcześniej przedmiot. Z powrotem usiadłam na łóżku przy Amber i położyłam go sobie na kolanach. Przyjaciółka położyła się na łóżku obok mnie.
- Horrory? - Dziewczyna przytaknęła i poprawiła się. Włączyłam youtube i zaczęłyśmy przeglądać różne zwiastuny. Po pół godziny wreszcie wybrałyśmy ciekawy film, a przynajmniej zwiastun, który najbardziej nas zainteresował.
~♥~
- Laska, mam genialny pomysł. - Nagle Amber wypaliła, gdy film dobiegał końca.
- No co wymyśliłaś tym razem?
- Imprezę. - Odpowiedziała dumnie oraz z podekscytowaniem w oczach.
- Znowu? - Nie wiem co tak "genialnego" jest w kolejnej imprezie.
- Twoją imprezę.
- Moją? Moją imprezę?
- Tak, dokładnie. - Przytaknęła uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Ciekawe kto miałby się tym wszystkim zająć. - Nie podoba mi się ten pomysł. Domówki są spoko, ale nie lubię być gospodarzem. Dlaczego? Myślę, że to proste. Chyba nikt nie chciałby pilnować pijanego towarzystwa przez pół nocy.
- No my. - Odpowiedziała jakby to było oczywiste, może dlatego, że w sumie było.
- Nie ma mowy, ja na to się nie piszę. - Od razu wymiguję się z jej pomysłu.
- Ale Joe no...
- Nie. Czy ty nie rozumiesz słowa "nie"?
- Nie. Spójrz na to z innej strony. Rzadko kiedy masz taką możliwość.
- Amber...
- Nie masz nic do gadania w tym momencie. - Sprostowała i nie dała mi dojść do słowa. W ostateczności poddałam się, Chyba jedna domówka nikomu nie zaszkodzi, no nie?
- Dobra. No to tak.. ja zajmę się zapraszaniem i przygotowaniem domu, a ty pójdziesz kupić alko i inne przekąski. - Zaplanowałam, po czym wzięłyśmy się do roboty. Zajmowanie się przygotowaniem dobrej "zabawy" niestety wymaga wiele poświęceń.
sobota, 22 października 2016
Rozdział 5
Nagle zaczęły dobiegać do mnie pojedyncze dźwięki, następnie czyjeś głosy.. albo głos? Z ogromnym trudem otworzyłam oczy i zorientowałam się, że jestem w obcym mi miejscu, a dokładniej w czyimś samochodzie. Ta myśl przyprawiała mnie o dreszcze. Leżałam na tylnym siedzeniu, z którego właśnie w powolnym tempie podniosłam się do pozycji siedzącej. Przed maską pojazdu ujrzałam mężczyznę mniej więcej mojego wieku, może nieco starszy. Przeraziłam się. Chciałam uciec stąd, lecz ból mi na to nie pozwalał. Czułam się wykończona i zrozpaczona. Chwyciłam za klamkę, aby opuścić samochód, lecz w tym samym czasie owy mężczyzna odwrócił się w moją stronę i spojrzał wprost na mnie. Nie wiedziałam co mam robić, sparaliżowało mnie to. Gdy spostrzegłam, że rusza do mnie znów odzyskałam swobodę i niezależność, dzięki czemu otworzyłam drzwi i postawiłam nogi na żwirowanej drodze. Czułam się bardzo słaba, ale w tym momencie nie zwracałam na to uwagi. Liczyło się tylko to, aby być jak najdalej od obcego mi faceta. Kto wie co on ma w głowie. Wstałam z siedzenia i zrobiłam krok przed siebie, lecz w tym czasie mężczyzna znalazł się przy mnie i chwycił mnie w pasie, na co zapiszczałam w szoku.
- Spokojnie. - Powiedział ściszonym głosem. - Spokojnie. - Powtórzył, a ja faktycznie nieco uspokoiłam się.
- Kim jesteś? - Spytałam gdy opanowałam swoją panikę. Mężczyzna znów obdarował mnie swym spojrzeniem, po czym odpowiedział.
- Nie mam złych zamiarów.
- Kim jesteś? - Powtórzyłam pytanie, gdyż nie uzyskałam interesującej mnie odpowiedzi.
- Nie skrzywdzę cię.
- Kurwa mać, pytam kim jesteś, a nie jakie masz plany, czasisz? - Działa mi na nerwy, ewidentnie.
- Spokojnie. - Czy on próbuje wyprowadzić mnie już całkowicie z równowagi? - Jestem Nahtan.
- Nahtan? Nie znam cię. - Stwierdziłam patrząc na niego.
- Nie dziwne, jestem tu od nie dawna.
- Okej... co ja tu robię? - Chciałam się jak najwięcej dowiedzieć.
- Nie pamiętasz? - Pokiwałam przecząco głową, nie wiedząc o co chodzi, - Zemdlałaś w szkole. Jakiś chłopak cię zaatakował...
- Drake. - Wyszeptałam, przypominając sobie tamtą sytuacje.
- Znasz go? - Zdziwił się.
- Tak ,tak.. to mój były.
- Oh rozumiem. Kontynuując zabrałem cię ze szkoły myślałem, że coś się stało poważniejszego, ale na szczęście tylko straciłaś przytomność.
- Dziękuję. - Powiedziałam i rozejrzałam się dokładnie, Poznaje te okolice, Chciałam wrócić już do domu, gdyż moje lekcje się już skończyły.
- Gdzie idziesz? - Usłyszałam głos Nathana za moimi plecami, przez co odwróciłam się.
- Do domu, a gdzie mam iść?
- Chodź, odwiozę cię.
- Dam sobie radę. - Nie znam go, dlaczego niby miałabym wsiadać z nim do samochodu?
- Joe. Nie wygłupiaj się, tylko wsiadaj.
- Skąd znasz moje imię? - Zdziwiłam się. Podobno jest tu od niedawna, a wie jak mam na imię?
- Bo znam, chodź. - Spojrzałam na niego przez chwilę. Ufać mu, czy nie?
- Dobra.
~♥~
Zbliżał się już wieczór, zachód słońca tego dnia był cudowny. Niebo w ciepłych barwach z połączeniem z listopadowym krajobrazem dawały światu nieziemski widok. Uwielbiam to, fascynuję mnie niebo i gwiazdy, właściwie to wszystko co tylko jest związane z galaktyką i wszechświatem jest dla mnie czymś zaskakującym.
~♥~
Kolejne dni szkolne mijały nadzwyczaj szybko. O zajściu tego feralnego dnia nie wie nikt po za mną, Drake'iem oraz Nathanem. Tego pierwszego nie widziałam od wspomnianego dnia ani razu, ten drugi zaś kręci się w szkolę, od czasu do czasu mijam go na przerwach, lecz żadne z nas nawet się nie przywita. Dokładnie tak. jakby tamto całe zdarzenie nie miało miejsca. Może to i lepiej...
- Joe, idziesz? - Zawołała mnie Amber, gdy wszyscy uczniowie weszli już do klasy, a ja stałam i rozmyślałam.
- Tak, już idę. - Odpowiedziałam i tak też zrobiłam. Właśnie zaczęła się lekcja biologii.
- Idziemy dzisiaj tam gdzie zawsze?
- Zimno jest. - Odparłam beznamiętnie. Nie mam nawet ochoty na szlugi. Czyżbym nieświadomie rzucała palenie?
- Nie mów mi, że jest zimno, bo kiedyś w mróz tam szłyśmy i do tego uśmiechnięte. Lepiej powiedziałbyś mi prawdziwy powód, a nie te ciągłe kłamstwa. - Nie odpowiedziałam. Nie będę się jej przecież tłumaczyć z własnego, prywatnego życia. W nadzwyczaj szybkim tempie minęło całe 45 minut i wreszcie mogliśmy wyjść na przerwę.
- Idziesz coś zjeść? - Zagadałam do siedzącej dalej przyjaciółki.
- Jasne.
- Chodź przejdziemy się. Trzeba rozprostować nogi, - Stwierdziła dziewczyna i tak też zrobiłyśmy.
Korytarz szkolny był jak zwykle zapełniony mnóstwem dzieciaków spieszących się na swoje lekcje, Najbardziej charakterystyczni byli pierwszoklasiści. Wszędzie ich było pełno. Wyglądali na zagubionych i często przestraszonych nowym miejscem oraz otoczeniem. I pomyśleć, że ledwie 2 lata temu byłam dokładnie taka sama.
- Widzisz jak tamten się patrzy w naszą stronę? - Usłyszałam głos Amber i spojrzałam we wskazanym kierunku. Pod ścianą stał Nathan oparty o nią i faktycznie patrzył na nas.
- Znasz go? - Ciągnęła dalej przyjaciółka.
- Nie.
- Dziwne, Patrzy się jakbyśmy się znali, a pierwszy raz go widzę.
- Pewnie jest nowy. - Odparłam beznamiętnie.
- Być może. - Amber umilkła na chwilę, lecz ta cisza nie trwała zbyt długo. - Spodobałaś mu się.
- Co? - Spojrzałam na dziewczynę i nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy byś zaskoczona jej stwierdzeniem. Dlatego też po prostu popatrzyłam się na nią.
- No spójrz sama, gapi się na ciebie jak pies na kiełbasę. - Amber zaśmiała się, zresztą ja również z jej porównania.
- Amber, przesadzasz. - Zlekceważyłam ją w tej chwili. - Chodźmy już lepiej do klasy, zaraz dzwonek.
- No dobra, dobra.
Reszta lekcji minęła dość szybko, nim dostrzegłam był już koniec dzisiejszych zajęć. Spakowałyśmy się oraz wzięłyśmy rzeczy z szatni. Robi się już coraz zimniej, dlatego kurtka jest koniecznością.
- Idziesz do mnie? - Spytałam po zastanowieniu i dojściu do wniosku, że nie mam co robić dziś w domu.
- Jasne. - Przyjaciółka niemal od razu się zgodziła.
- No to chodźmy.
- Już dawno nie robiłyśmy naszych akcji. - Zagadała Amber, gdy szłyśmy wzdłuż ulicy. Przez moment wróciłam myślami do tamtych chwil. Ta niepewność i strach przed złapaniem.. bezcenne.
- Tak, wiem. - Odpowiedziałam zamyślając się.
- Noo, może powtórka?
- Co masz na myśli? - Spojrzałam na nią niepewnie. Amber to świetna osoba, aczkolwiek jej pomysły czasem są nie z tej planety.
- Nie wiem, zawsze można coś ogarnąć. - Uśmiechnęła się i tak jakby w głowie już knuła cały plan .
- To jak już coś "ogarniesz" to daj mi znać.
- Mam cię uwzględnić w moich niecnych planach? - Zaśmiała się dziewczyna wesoło i spojrzała na mnie.
- Amber, znasz mnie. - Przymrużyłam oczy.
- Racja. Ty byś się nie zgodziła? - Zadała pytanie retoryczne, co wyglądało bardzo zabawnie, dlatego też również się zaśmiałam.
- Spokojnie. - Powiedział ściszonym głosem. - Spokojnie. - Powtórzył, a ja faktycznie nieco uspokoiłam się.
- Kim jesteś? - Spytałam gdy opanowałam swoją panikę. Mężczyzna znów obdarował mnie swym spojrzeniem, po czym odpowiedział.
- Nie mam złych zamiarów.
- Kim jesteś? - Powtórzyłam pytanie, gdyż nie uzyskałam interesującej mnie odpowiedzi.
- Nie skrzywdzę cię.
- Kurwa mać, pytam kim jesteś, a nie jakie masz plany, czasisz? - Działa mi na nerwy, ewidentnie.
- Spokojnie. - Czy on próbuje wyprowadzić mnie już całkowicie z równowagi? - Jestem Nahtan.
- Nahtan? Nie znam cię. - Stwierdziłam patrząc na niego.
- Nie dziwne, jestem tu od nie dawna.
- Okej... co ja tu robię? - Chciałam się jak najwięcej dowiedzieć.
- Nie pamiętasz? - Pokiwałam przecząco głową, nie wiedząc o co chodzi, - Zemdlałaś w szkole. Jakiś chłopak cię zaatakował...
- Drake. - Wyszeptałam, przypominając sobie tamtą sytuacje.
- Znasz go? - Zdziwił się.
- Tak ,tak.. to mój były.
- Oh rozumiem. Kontynuując zabrałem cię ze szkoły myślałem, że coś się stało poważniejszego, ale na szczęście tylko straciłaś przytomność.
- Dziękuję. - Powiedziałam i rozejrzałam się dokładnie, Poznaje te okolice, Chciałam wrócić już do domu, gdyż moje lekcje się już skończyły.
- Gdzie idziesz? - Usłyszałam głos Nathana za moimi plecami, przez co odwróciłam się.
- Do domu, a gdzie mam iść?
- Chodź, odwiozę cię.
- Dam sobie radę. - Nie znam go, dlaczego niby miałabym wsiadać z nim do samochodu?
- Joe. Nie wygłupiaj się, tylko wsiadaj.
- Skąd znasz moje imię? - Zdziwiłam się. Podobno jest tu od niedawna, a wie jak mam na imię?
- Bo znam, chodź. - Spojrzałam na niego przez chwilę. Ufać mu, czy nie?
- Dobra.
~♥~
*Wieczór*
Zbliżał się już wieczór, zachód słońca tego dnia był cudowny. Niebo w ciepłych barwach z połączeniem z listopadowym krajobrazem dawały światu nieziemski widok. Uwielbiam to, fascynuję mnie niebo i gwiazdy, właściwie to wszystko co tylko jest związane z galaktyką i wszechświatem jest dla mnie czymś zaskakującym.
~♥~
Kolejne dni szkolne mijały nadzwyczaj szybko. O zajściu tego feralnego dnia nie wie nikt po za mną, Drake'iem oraz Nathanem. Tego pierwszego nie widziałam od wspomnianego dnia ani razu, ten drugi zaś kręci się w szkolę, od czasu do czasu mijam go na przerwach, lecz żadne z nas nawet się nie przywita. Dokładnie tak. jakby tamto całe zdarzenie nie miało miejsca. Może to i lepiej...
- Joe, idziesz? - Zawołała mnie Amber, gdy wszyscy uczniowie weszli już do klasy, a ja stałam i rozmyślałam.
- Tak, już idę. - Odpowiedziałam i tak też zrobiłam. Właśnie zaczęła się lekcja biologii.
- Idziemy dzisiaj tam gdzie zawsze?
- Zimno jest. - Odparłam beznamiętnie. Nie mam nawet ochoty na szlugi. Czyżbym nieświadomie rzucała palenie?
- Nie mów mi, że jest zimno, bo kiedyś w mróz tam szłyśmy i do tego uśmiechnięte. Lepiej powiedziałbyś mi prawdziwy powód, a nie te ciągłe kłamstwa. - Nie odpowiedziałam. Nie będę się jej przecież tłumaczyć z własnego, prywatnego życia. W nadzwyczaj szybkim tempie minęło całe 45 minut i wreszcie mogliśmy wyjść na przerwę.
- Idziesz coś zjeść? - Zagadałam do siedzącej dalej przyjaciółki.
- Jasne.
- Chodź przejdziemy się. Trzeba rozprostować nogi, - Stwierdziła dziewczyna i tak też zrobiłyśmy.
Korytarz szkolny był jak zwykle zapełniony mnóstwem dzieciaków spieszących się na swoje lekcje, Najbardziej charakterystyczni byli pierwszoklasiści. Wszędzie ich było pełno. Wyglądali na zagubionych i często przestraszonych nowym miejscem oraz otoczeniem. I pomyśleć, że ledwie 2 lata temu byłam dokładnie taka sama.
- Widzisz jak tamten się patrzy w naszą stronę? - Usłyszałam głos Amber i spojrzałam we wskazanym kierunku. Pod ścianą stał Nathan oparty o nią i faktycznie patrzył na nas.
- Znasz go? - Ciągnęła dalej przyjaciółka.
- Nie.
- Dziwne, Patrzy się jakbyśmy się znali, a pierwszy raz go widzę.
- Pewnie jest nowy. - Odparłam beznamiętnie.
- Być może. - Amber umilkła na chwilę, lecz ta cisza nie trwała zbyt długo. - Spodobałaś mu się.
- Co? - Spojrzałam na dziewczynę i nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy byś zaskoczona jej stwierdzeniem. Dlatego też po prostu popatrzyłam się na nią.
- No spójrz sama, gapi się na ciebie jak pies na kiełbasę. - Amber zaśmiała się, zresztą ja również z jej porównania.
- Amber, przesadzasz. - Zlekceważyłam ją w tej chwili. - Chodźmy już lepiej do klasy, zaraz dzwonek.
- No dobra, dobra.
Reszta lekcji minęła dość szybko, nim dostrzegłam był już koniec dzisiejszych zajęć. Spakowałyśmy się oraz wzięłyśmy rzeczy z szatni. Robi się już coraz zimniej, dlatego kurtka jest koniecznością.
- Idziesz do mnie? - Spytałam po zastanowieniu i dojściu do wniosku, że nie mam co robić dziś w domu.
- Jasne. - Przyjaciółka niemal od razu się zgodziła.
- No to chodźmy.
- Już dawno nie robiłyśmy naszych akcji. - Zagadała Amber, gdy szłyśmy wzdłuż ulicy. Przez moment wróciłam myślami do tamtych chwil. Ta niepewność i strach przed złapaniem.. bezcenne.
- Tak, wiem. - Odpowiedziałam zamyślając się.
- Noo, może powtórka?
- Co masz na myśli? - Spojrzałam na nią niepewnie. Amber to świetna osoba, aczkolwiek jej pomysły czasem są nie z tej planety.
- Nie wiem, zawsze można coś ogarnąć. - Uśmiechnęła się i tak jakby w głowie już knuła cały plan .
- To jak już coś "ogarniesz" to daj mi znać.
- Mam cię uwzględnić w moich niecnych planach? - Zaśmiała się dziewczyna wesoło i spojrzała na mnie.
- Amber, znasz mnie. - Przymrużyłam oczy.
- Racja. Ty byś się nie zgodziła? - Zadała pytanie retoryczne, co wyglądało bardzo zabawnie, dlatego też również się zaśmiałam.
poniedziałek, 5 września 2016
Rozdział 4
Godzina 7:00, mój niewdzięczny budzik zaczął dzwonić, co mnie wprowadziło po prostu w szał. Imprezy są świetne, ale może nie w tygodniu. Teraz to mam ogromny problem ze wstaniem. Zamknęłam oczy tylko na chwile, a kurde obudziłam się 30 min później.
- O Boże! - Zerwałam się błyskawicznie na nogi.
- Joe! Zaraz wychodzisz! - Usłyszałam głos mamy.
-Wiem. - Odparłam głośniej i w biegu ubrałam się. Nawet nie malowałam się w strachu, że nie zdążę.
- Nie zjadłaś śniadania. - Odparł nieco zły tata.
- Nie mam czasu. Wychodzę. - Powiedziałam i w pośpiechu opuściłam budynek. Już chciałam dzwonić po Drake'a, lecz w porę zorientowałam się, że przecież zdradził mnie. Kurde przydałby się teraz. Nawet autobus mi uciekł, jak pech to pech. Ten dzień zapowiada się koszmarnie. Po 30 min drogi wreszcie dotarłam do szkoły... oczywiście spóźniona. Wparowałam do sali bez namysłu.
- Przepraszam za spóźnienie. - Odparłam, namierzając wzrokiem Amber.
- Moja droga spóźnienie jest do 10 min. W tym momencie masz już nieobecność. - Zwrócił się do mnie profesorek.
- Jasne. - Rzuciłam w jego stronę zajmując miejsce przy przyjaciółce. Lekcja minęła dość szybko, może też dlatego, że część niej mnie ominęła. Nigdy nie przepadałam za geografią, więc dla mnie lepiej. Nim się obejrzałam był już dzwonek na przerwę. Spakowałam swoje rzeczy i opuściłam pomieszczenie.
- Jak tam? - Zagadała Amber podchodząc do mnie. Spojrzałam na nią lekko z góry, po czym odpowiedziałam z westchnieniem.
- Bywało lepiej.
- No coś ty Joe oszalała? - Nie bardzo wiedziałam o co chodzi tym razem przyjaciółce. - Masz zamiar przejmować się takim frajerem jak Drake? - Dokończyła z niedowierzaniem. To nawet nie chodzi, że go straciłam, tylko bardziej o to okropne uczucie zdrady. Czuje się oszukana i zlekceważona. Z nerwów aż zgłodniałam.
- Chodź do sklepiku. - Powiedziałam Amber, która pokiwała twierdząco głową. Musiałyśmy zejść jedno piętro na dół, aby dotrzeć do wspomnianego miejsca. O dziwo nawet nie było dużej kolejki jak to zazwyczaj bywa w szkołach. Podeszłam bliżej zerkając na blat ze smakołykami. Jestem głodna, aczkolwiek nie wiem na co mam ochotę. Znacie to okropne uczucie? Ehh po dłuższej chwili zastanowienia, zdecydowałam się na drożdżówkę oraz tymbarka. Amber natomiast kupiła sobie jedynie batonika z czekolady. Miałyśmy już niewiele czasu do dzwonka, dlatego powoli kierowałyśmy się w stronę klasy.
- Idziemy po szkole tam gdzie zawsze? - Zagadała przyjaciółka nawiązując do palenia. Spojrzałam automatycznie na dużo okno w korytarzu, które znajduje się po mojej lewej stronie.
- Nie wiem. Chmurzy się coś.
- Nie sądzę, aby zaczęło padać, więc spokojnie możemy iść. - W tym momencie na przeciwko mnie zauważyłam Drake opierającego się o ścianę i wlepiającego wzrok prosto we mnie. A już miałam nadzieję, że uda mi się go ominąć niezauważalnie.
- Joe słuchasz mnie? - Upomniała się dziewczyna zerkając na mnie.
- Tak, tak...
- Joe! - Usłyszałam nagle głos chłopaka, lecz nie zwracałam na to uwagi. - Joe! Zaczekaj!
- Drake? - Spytała Amber nie oglądając się za siebie.
- Zostawisz nas chwile samych? - Dziewczyna jedynie powiedziała ciche "tak" i skręciła w pierwszą alejkę po prawej stronie. Drake natomiast szybko wykorzystał sytuację i dogonił mnie.
- Joe, możemy chwilę pogadać? - Spytał chwytając mnie za ramię, z czego od razu się wyswobodziłam.
- Nie dotykaj mnie. - Spiorunowałam go wzorkiem, po czym z powrotem chciałam go olać i ruszyć przed siebie.
- Dasz mi 5 minut?
- 3.
- Dobra. Chodź. - Chłopak chwycił mnie za rękę, prowadząc do szkolnej biblioteki, którą akurat mijaliśmy. Zrobił to tak szybko i gwałtownie, że nie zdążyłam się nawet odezwać.
- Co my tu robimy? - Dostrzegłam, że jesteśmy w miejscu gdzie nie ma nikogo oprócz nas.
- Chciałem z tobą porozmawiać, wiesz bez "podsłuchu".
- Okej, więc słucham cię. - Widać było, że nie bardzo wiedział od czego zacząć. Wydawał się być zaplątany we własnych myślach.
- Chciałem cię przeprosić, - Powiedział wreszcie zerkając na mnie.
- Dużo "chcesz", mało działasz mój drogi. - Nudziła mnie ta rozmowa z nim. Coraz bardziej uważam, że tylko marnuję mój cenny czas.
- Przepraszam... - Przepraszam za swoje zachowanie wtedy.. ja.. nie wiem co mnie poniosło.. nie przemyślałem tego.
- Czego niby nie przemyślałeś?
- Tego, że tym mogę cię stracić.. że robię źle wobec ciebie.
- A według ciebie to dobrze zrobiłeś? Nie czujesz nic wiedząc, że zdradziłeś swoją dziewczynę?
- Czuję. - Drake wydawał się być zaskoczony moją wypowiedzią. - Wiem, że źle zrobiłem, okej?
- Jasne. - Zlekceważyłam go. Może faktycznie zachowuję się trochę jak suka, ale jednak sam jest tego winien.
- Kurwa Joe, nie zlewaj mnie do chuja. - Widać było, że działam mu na nerwy, ale co ja mu na to poradzę?
- Czyżbyś miał jakiś problem? - Spytałam ironicznie chcąc już odejść od niego.
- Tak, z tobą. - W jednej chwili przygwoździł mnie do ściany za mną, co nie ukrywam bolało.
- Pojebało cię? Co ty kurwa robisz? - Zdenerwowałam się, a raczej przestraszyłam nieco jego gwałtownym zachowaniem. Nie spodziewałam się takiego ruchu z jego strony.
- Rozmawiam z tobą. - Odpowiedział jakby nigdy nic. Mam go już dość.
- Puść mnie.
- Nie.
- Puść mnie do cholery! - Zaczęłam krzyczeć, tym bardziej, że po całym budynku rozniósł się dźwięk dzwonka na lekcje. W pomieszczeniu, w którym się znajdowaliśmy tak jak już wspominałam nie było nikogo na przerwie, a co dopiero w czasie lekcji. Czułam się zagrożona w jego obecności, a jego przerażający wzrok uwierzcie, ale nie dawał mi poczucia bezpieczeństwa.
- Wrócisz do mnie? - Jego pytanie wprawiło mnie w osłupienie. Jak śmie mnie w ogól o to pytać? Gdy nie dawałam mu odpowiedzi, chwycił mnie stabilnie za szyje i patrzył mi prosto w oczy.
- Oczywiście, że nie. - Powiedziałam pewnie. Nie mam zamiaru do niego wracać, a już tym bardziej nie po tym co tu odstawia w tym momencie. Drake wzmocnił ucisk na moim ciele przez co lekko zakręciło mi się w głowie.
- Puść mnie... - Wyjąkałam w łzami w oczach. Co za dupek, nie mogę oddychać przez niego. Chłopak jedynie patrzył na mnie z wyższością, ale ani odrobinkę nie zaprzestał krzywdzenia mnie. Mogłam wywnioskować, że sprawiało mu to przyjemność.
- Dalej nie masz zamiaru zmienić zadania? - Nie miałam nawet siły, aby odpowiedzieć, aczkolwiek moje przekonania nie uległy żadnej zmianie. Pokręciłam delikatnie głową na znak "nie", bo tylko na to było mnie stać w tym momencie. Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami i przestałam czuć jego dłonie na mnie.. przestałam cokolwiek czuć. Moje ciało bezwładnie opadło na zimną i brudną ziemię. Przestałam słyszeć i odbierać jakiekolwiek bodźce. Zwyczajnie straciłam przytomność.
- Jak tam? - Zagadała Amber podchodząc do mnie. Spojrzałam na nią lekko z góry, po czym odpowiedziałam z westchnieniem.
- Bywało lepiej.
- No coś ty Joe oszalała? - Nie bardzo wiedziałam o co chodzi tym razem przyjaciółce. - Masz zamiar przejmować się takim frajerem jak Drake? - Dokończyła z niedowierzaniem. To nawet nie chodzi, że go straciłam, tylko bardziej o to okropne uczucie zdrady. Czuje się oszukana i zlekceważona. Z nerwów aż zgłodniałam.
- Chodź do sklepiku. - Powiedziałam Amber, która pokiwała twierdząco głową. Musiałyśmy zejść jedno piętro na dół, aby dotrzeć do wspomnianego miejsca. O dziwo nawet nie było dużej kolejki jak to zazwyczaj bywa w szkołach. Podeszłam bliżej zerkając na blat ze smakołykami. Jestem głodna, aczkolwiek nie wiem na co mam ochotę. Znacie to okropne uczucie? Ehh po dłuższej chwili zastanowienia, zdecydowałam się na drożdżówkę oraz tymbarka. Amber natomiast kupiła sobie jedynie batonika z czekolady. Miałyśmy już niewiele czasu do dzwonka, dlatego powoli kierowałyśmy się w stronę klasy.
- Idziemy po szkole tam gdzie zawsze? - Zagadała przyjaciółka nawiązując do palenia. Spojrzałam automatycznie na dużo okno w korytarzu, które znajduje się po mojej lewej stronie.
- Nie wiem. Chmurzy się coś.
- Nie sądzę, aby zaczęło padać, więc spokojnie możemy iść. - W tym momencie na przeciwko mnie zauważyłam Drake opierającego się o ścianę i wlepiającego wzrok prosto we mnie. A już miałam nadzieję, że uda mi się go ominąć niezauważalnie.
- Joe słuchasz mnie? - Upomniała się dziewczyna zerkając na mnie.
- Tak, tak...
- Joe! - Usłyszałam nagle głos chłopaka, lecz nie zwracałam na to uwagi. - Joe! Zaczekaj!
- Drake? - Spytała Amber nie oglądając się za siebie.
- Zostawisz nas chwile samych? - Dziewczyna jedynie powiedziała ciche "tak" i skręciła w pierwszą alejkę po prawej stronie. Drake natomiast szybko wykorzystał sytuację i dogonił mnie.
- Joe, możemy chwilę pogadać? - Spytał chwytając mnie za ramię, z czego od razu się wyswobodziłam.
- Nie dotykaj mnie. - Spiorunowałam go wzorkiem, po czym z powrotem chciałam go olać i ruszyć przed siebie.
- Dasz mi 5 minut?
- 3.
- Dobra. Chodź. - Chłopak chwycił mnie za rękę, prowadząc do szkolnej biblioteki, którą akurat mijaliśmy. Zrobił to tak szybko i gwałtownie, że nie zdążyłam się nawet odezwać.
- Co my tu robimy? - Dostrzegłam, że jesteśmy w miejscu gdzie nie ma nikogo oprócz nas.
- Chciałem z tobą porozmawiać, wiesz bez "podsłuchu".
- Okej, więc słucham cię. - Widać było, że nie bardzo wiedział od czego zacząć. Wydawał się być zaplątany we własnych myślach.
- Chciałem cię przeprosić, - Powiedział wreszcie zerkając na mnie.
- Dużo "chcesz", mało działasz mój drogi. - Nudziła mnie ta rozmowa z nim. Coraz bardziej uważam, że tylko marnuję mój cenny czas.
- Przepraszam... - Przepraszam za swoje zachowanie wtedy.. ja.. nie wiem co mnie poniosło.. nie przemyślałem tego.
- Czego niby nie przemyślałeś?
- Tego, że tym mogę cię stracić.. że robię źle wobec ciebie.
- A według ciebie to dobrze zrobiłeś? Nie czujesz nic wiedząc, że zdradziłeś swoją dziewczynę?
- Czuję. - Drake wydawał się być zaskoczony moją wypowiedzią. - Wiem, że źle zrobiłem, okej?
- Jasne. - Zlekceważyłam go. Może faktycznie zachowuję się trochę jak suka, ale jednak sam jest tego winien.
- Kurwa Joe, nie zlewaj mnie do chuja. - Widać było, że działam mu na nerwy, ale co ja mu na to poradzę?
- Czyżbyś miał jakiś problem? - Spytałam ironicznie chcąc już odejść od niego.
- Tak, z tobą. - W jednej chwili przygwoździł mnie do ściany za mną, co nie ukrywam bolało.
- Pojebało cię? Co ty kurwa robisz? - Zdenerwowałam się, a raczej przestraszyłam nieco jego gwałtownym zachowaniem. Nie spodziewałam się takiego ruchu z jego strony.
- Rozmawiam z tobą. - Odpowiedział jakby nigdy nic. Mam go już dość.
- Puść mnie.
- Nie.
- Puść mnie do cholery! - Zaczęłam krzyczeć, tym bardziej, że po całym budynku rozniósł się dźwięk dzwonka na lekcje. W pomieszczeniu, w którym się znajdowaliśmy tak jak już wspominałam nie było nikogo na przerwie, a co dopiero w czasie lekcji. Czułam się zagrożona w jego obecności, a jego przerażający wzrok uwierzcie, ale nie dawał mi poczucia bezpieczeństwa.
- Wrócisz do mnie? - Jego pytanie wprawiło mnie w osłupienie. Jak śmie mnie w ogól o to pytać? Gdy nie dawałam mu odpowiedzi, chwycił mnie stabilnie za szyje i patrzył mi prosto w oczy.
- Oczywiście, że nie. - Powiedziałam pewnie. Nie mam zamiaru do niego wracać, a już tym bardziej nie po tym co tu odstawia w tym momencie. Drake wzmocnił ucisk na moim ciele przez co lekko zakręciło mi się w głowie.
- Puść mnie... - Wyjąkałam w łzami w oczach. Co za dupek, nie mogę oddychać przez niego. Chłopak jedynie patrzył na mnie z wyższością, ale ani odrobinkę nie zaprzestał krzywdzenia mnie. Mogłam wywnioskować, że sprawiało mu to przyjemność.
- Dalej nie masz zamiaru zmienić zadania? - Nie miałam nawet siły, aby odpowiedzieć, aczkolwiek moje przekonania nie uległy żadnej zmianie. Pokręciłam delikatnie głową na znak "nie", bo tylko na to było mnie stać w tym momencie. Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami i przestałam czuć jego dłonie na mnie.. przestałam cokolwiek czuć. Moje ciało bezwładnie opadło na zimną i brudną ziemię. Przestałam słyszeć i odbierać jakiekolwiek bodźce. Zwyczajnie straciłam przytomność.
czwartek, 11 sierpnia 2016
Rozdział 3
Gdy wróciłam do domu czekała na mnie kolejna niespodzianka. Już w progu usłyszałam znajomy głos, przez co uśmiechnęłam się.
- Cześć, tato. - Przywitałam się radośnie. - myślałam, że wrócisz kiedy indziej. Mówiłeś, że masz jeszcze jedno ważne spotkanie. - Zdziwiłam się jego nagłą obecnością.
- Owszem, ale zostało odwołane. - Zajęłam miejsce obok niego w jadalni, wcześniej robiąc sobie gorącą czekoladę. - Opowiadaj co u ciebie. Jak w szkole? - Zagadał tato.
- Dobrze, dobrze. - Nie lubię opowiadać o moim codziennym życiu. - A jak w pracy?
- Ostatnio trochę pod górkę, ale dajemy radę.
- No miejmy nadzieję.
- Chodźcie na kolację. - Dobiegł nas głos mamy, na co od razu wykonaliśmy jej polecenie.
Posiłek był smaczny, co również powiedziałam mamie. Zbliżała się godzina 19.
- Mamo? - Zawołałam, żeby zlokalizować jej położenie.
- Tak?
- Idę na imprezę do Samanty. - Poinformowałam ją z grzeczności. Kobieta przytaknęła głową, a ja spokojnie poszłam przygotowywać się. Nie lubię ubierać się jak dziwka, dlatego założyłam na siebie czarne rurki oraz czerwoną bluzkę bez ramiączek. Amber już na mnie czekała pod domem dlatego szybko się ogarnęłam i wyszłam. Nawet torebki nie brałam, ponieważ jednak wolę nie ryzykować jej zagubieniem. Wszystkie potrzebne rzeczy schowałam po kieszeniach.
- A Drake gdzie? - Zwykle to z nim chodzimy na imprezy szczególnie, że to jego znajoma.
- Podobno musi coś ważnego załatwić. - Przyjaciółka spojrzała na mnie podejrzliwie, ale nic się nie odezwała. Po ok 40 minutach drogi (uwaga) pieszo dotarłyśmy na miejsce. Dlaczego pieszo? Ponieważ nasza cudowna Amber wciąż uważa, że to wcale nie daleko, a ja głupia uwierzyłam jej.
- 15 minut drogi? Serio?
- Oj, Joe. Nie narzekaj jak baba w ciąży. No chyba, że o czymś nie wiem. - Zaśmiała się dziewczyna.
W domu było mnóstwo ludzi, głośna muzyka oraz nadmierna ilość alkoholu dominowała dzisiejszego wieczoru. Amber od razu podbiegła w stronę stołu z procentami. Nalała do dwóch kubeczków wódkę połączoną z sokiem porzeczkowym i podała mi jeden.
- Imprezę czas zacząć! - Wykrzyknęła na całe gardło. Wzięłam łyka napoju i od razu poczułam niezmierne ciepło wewnątrz mnie. Pierwszy drink zniknął niezauważalnie szybko i zagościł w moim układzie pokarmowym. Usłyszałam moją ulubioną piosenkę, zresztą Amber również, dlatego pociągnęłam ją na środek i zaczęłyśmy tańczyć. Ocierałyśmy się o ciebie zadowolone i nie przejmowałyśmy się niczym. Liczyło się to co jest tu i teraz. Nagle moją świetną zabawę przerwał pewien widok, którego bym się nie spodziewała. Zaprzestałam jakichkolwiek ruchów, przez co dziewczyna także wydawała się zaciekawiona.
- Co za frajer. - Skomentowała przyjaciółka. Mianowicie przed oczami miałam widok Drake'a wraz z rudowłosą istotą, zwaną Samanta. Wyglądało to jakby mieli się pieprzyć przy tej ścianie. Szczerze? Nie wiem co czułam... gniew, smutek, ale i rozczarowanie. Nie wystarczałam mu? Trzeba było powiedzieć, a nie robić ten cały cyrk.
- Zajebie gnoja. - Przyjaciółka wydawała się bardzo podenerwowana tą sytuacją. Sama jestem zaskoczona przebiegiem akcji. Drake to dupek, zawsze nim był, no ale żeby zdrada? Myślałam, że ma w sobie więcej odwagi, ale okazał się zwykłym tchórzem.
- Uwierz mi, że zapłaci za to.
- Jest dobrze, Amber. - Dziewczyna widocznie jest zdziwiona moim zachowaniem.
- Ty tak serio?
- Serio.
- Ale... tak bez zemsty?
- Tak, Amber. Bez zemsty. Chodź się lepiej napić. - Tak jak powiedziałam, tak zrobiłyśmy. Tym razem czystą wódkę, bez żadnej popity. Można powiedzieć, że zalewałam smutki, gdyby tylko nie fakt, jak wyglądał nasz cały związek. Nikt mi nie powie, że było idealnie i jest za czym tęsknić. Prawie, że ciągle nie mieliśmy dla siebie czasu, dlatego prędzej czy później i tak by się to rozsypało. Lepiej wcześniej, skoro i tak nie miało to sensu, tak?
- Nasze zdrowie! - Wykrzyknęła dziewczyna na co kilka osób zwróciło uwagę. Oczywiście na tym jednym nie skończyła się nasza przygoda z wódeczką. Piłyśmy jeszcze sporo, ale rzecz jasna z umiarem. Każdy ma swoje granice, których nie warto przekraczać. Już od dłuższego czasu czuje czyiś wzrok na siebie, jednakże nie bardzo się tym przejmuję. Wiele osób zwraca na mnie uwagę, dlatego to nie nowość dla mnie. Aczkolwiek ten wzrok wprawiał mnie w małe zakłopotanie.
- Idę do łazienki. - Poinformowałam Amber, na co ta tylko przytaknęła i dopiła swojego drinka. Wyszłam do wspomnianego pomieszczenia. Na szczęście była pusta, przemyłam twarz zimną wodą, a następnie opróżniłam pęcherz i wróciłam do przyjaciółki. Zaczynało mi się powoli kręcić w głowie, również dlatego, że byłam zmęczona, a dochodziła godzina 2 w nocy.
- Zbieramy się? - Spytałam Amber, gdy znalazłam się obok niej. Ona jednakże olała moje pytanie i uśmiechnięta powiedziała.
- Jakiś fajny chłopak pytał o ciebie. - Wydawała się być podekscytowana.
- Kto?
- Nie wiem. Nie znam go. - Wzruszyła ramionami. Zdziwiło mnie to, ponieważ przyjaciółka zna dokładnie te same osoby co ja, a przynajmniej je kojarzy, więc skoro ona go nie znam, to ja również. Dziwne. Kto to jest i skąd zna moje imię?
- Wracajmy już. - Powiedziałam pewnie. Dziewczyna nic się nie odezwała, tylko wyszła za mną. Odprowadziłam ją pod dom, po czym sama wróciłam do swojego. Wzięłam szybki prysznic, a następnie od razu wskoczyłam pod milutką pierzynkę i spokojnie zasnęłam. Najgorsze jest to, że jutro jest szkoła...
- Cześć, tato. - Przywitałam się radośnie. - myślałam, że wrócisz kiedy indziej. Mówiłeś, że masz jeszcze jedno ważne spotkanie. - Zdziwiłam się jego nagłą obecnością.
- Owszem, ale zostało odwołane. - Zajęłam miejsce obok niego w jadalni, wcześniej robiąc sobie gorącą czekoladę. - Opowiadaj co u ciebie. Jak w szkole? - Zagadał tato.
- Dobrze, dobrze. - Nie lubię opowiadać o moim codziennym życiu. - A jak w pracy?
- Ostatnio trochę pod górkę, ale dajemy radę.
- No miejmy nadzieję.
- Chodźcie na kolację. - Dobiegł nas głos mamy, na co od razu wykonaliśmy jej polecenie.
~♥~
Posiłek był smaczny, co również powiedziałam mamie. Zbliżała się godzina 19.
- Mamo? - Zawołałam, żeby zlokalizować jej położenie.
- Tak?
- Idę na imprezę do Samanty. - Poinformowałam ją z grzeczności. Kobieta przytaknęła głową, a ja spokojnie poszłam przygotowywać się. Nie lubię ubierać się jak dziwka, dlatego założyłam na siebie czarne rurki oraz czerwoną bluzkę bez ramiączek. Amber już na mnie czekała pod domem dlatego szybko się ogarnęłam i wyszłam. Nawet torebki nie brałam, ponieważ jednak wolę nie ryzykować jej zagubieniem. Wszystkie potrzebne rzeczy schowałam po kieszeniach.
- A Drake gdzie? - Zwykle to z nim chodzimy na imprezy szczególnie, że to jego znajoma.
- Podobno musi coś ważnego załatwić. - Przyjaciółka spojrzała na mnie podejrzliwie, ale nic się nie odezwała. Po ok 40 minutach drogi (uwaga) pieszo dotarłyśmy na miejsce. Dlaczego pieszo? Ponieważ nasza cudowna Amber wciąż uważa, że to wcale nie daleko, a ja głupia uwierzyłam jej.
- 15 minut drogi? Serio?
- Oj, Joe. Nie narzekaj jak baba w ciąży. No chyba, że o czymś nie wiem. - Zaśmiała się dziewczyna.
W domu było mnóstwo ludzi, głośna muzyka oraz nadmierna ilość alkoholu dominowała dzisiejszego wieczoru. Amber od razu podbiegła w stronę stołu z procentami. Nalała do dwóch kubeczków wódkę połączoną z sokiem porzeczkowym i podała mi jeden.
- Imprezę czas zacząć! - Wykrzyknęła na całe gardło. Wzięłam łyka napoju i od razu poczułam niezmierne ciepło wewnątrz mnie. Pierwszy drink zniknął niezauważalnie szybko i zagościł w moim układzie pokarmowym. Usłyszałam moją ulubioną piosenkę, zresztą Amber również, dlatego pociągnęłam ją na środek i zaczęłyśmy tańczyć. Ocierałyśmy się o ciebie zadowolone i nie przejmowałyśmy się niczym. Liczyło się to co jest tu i teraz. Nagle moją świetną zabawę przerwał pewien widok, którego bym się nie spodziewała. Zaprzestałam jakichkolwiek ruchów, przez co dziewczyna także wydawała się zaciekawiona.
- Co za frajer. - Skomentowała przyjaciółka. Mianowicie przed oczami miałam widok Drake'a wraz z rudowłosą istotą, zwaną Samanta. Wyglądało to jakby mieli się pieprzyć przy tej ścianie. Szczerze? Nie wiem co czułam... gniew, smutek, ale i rozczarowanie. Nie wystarczałam mu? Trzeba było powiedzieć, a nie robić ten cały cyrk.
- Zajebie gnoja. - Przyjaciółka wydawała się bardzo podenerwowana tą sytuacją. Sama jestem zaskoczona przebiegiem akcji. Drake to dupek, zawsze nim był, no ale żeby zdrada? Myślałam, że ma w sobie więcej odwagi, ale okazał się zwykłym tchórzem.
- Uwierz mi, że zapłaci za to.
- Jest dobrze, Amber. - Dziewczyna widocznie jest zdziwiona moim zachowaniem.
- Ty tak serio?
- Serio.
- Ale... tak bez zemsty?
- Tak, Amber. Bez zemsty. Chodź się lepiej napić. - Tak jak powiedziałam, tak zrobiłyśmy. Tym razem czystą wódkę, bez żadnej popity. Można powiedzieć, że zalewałam smutki, gdyby tylko nie fakt, jak wyglądał nasz cały związek. Nikt mi nie powie, że było idealnie i jest za czym tęsknić. Prawie, że ciągle nie mieliśmy dla siebie czasu, dlatego prędzej czy później i tak by się to rozsypało. Lepiej wcześniej, skoro i tak nie miało to sensu, tak?
- Nasze zdrowie! - Wykrzyknęła dziewczyna na co kilka osób zwróciło uwagę. Oczywiście na tym jednym nie skończyła się nasza przygoda z wódeczką. Piłyśmy jeszcze sporo, ale rzecz jasna z umiarem. Każdy ma swoje granice, których nie warto przekraczać. Już od dłuższego czasu czuje czyiś wzrok na siebie, jednakże nie bardzo się tym przejmuję. Wiele osób zwraca na mnie uwagę, dlatego to nie nowość dla mnie. Aczkolwiek ten wzrok wprawiał mnie w małe zakłopotanie.
- Idę do łazienki. - Poinformowałam Amber, na co ta tylko przytaknęła i dopiła swojego drinka. Wyszłam do wspomnianego pomieszczenia. Na szczęście była pusta, przemyłam twarz zimną wodą, a następnie opróżniłam pęcherz i wróciłam do przyjaciółki. Zaczynało mi się powoli kręcić w głowie, również dlatego, że byłam zmęczona, a dochodziła godzina 2 w nocy.
- Zbieramy się? - Spytałam Amber, gdy znalazłam się obok niej. Ona jednakże olała moje pytanie i uśmiechnięta powiedziała.
- Jakiś fajny chłopak pytał o ciebie. - Wydawała się być podekscytowana.
- Kto?
- Nie wiem. Nie znam go. - Wzruszyła ramionami. Zdziwiło mnie to, ponieważ przyjaciółka zna dokładnie te same osoby co ja, a przynajmniej je kojarzy, więc skoro ona go nie znam, to ja również. Dziwne. Kto to jest i skąd zna moje imię?
- Wracajmy już. - Powiedziałam pewnie. Dziewczyna nic się nie odezwała, tylko wyszła za mną. Odprowadziłam ją pod dom, po czym sama wróciłam do swojego. Wzięłam szybki prysznic, a następnie od razu wskoczyłam pod milutką pierzynkę i spokojnie zasnęłam. Najgorsze jest to, że jutro jest szkoła...
czwartek, 21 lipca 2016
Rozdział 2
Obudziły mnie promienie słoneczne wpadające prosto na moje łóżko, które w tym momencie jest moim aktualnym miejscem pobytu. Dziś jest środa, co oznacza, że muszę znów zmierzyć się z tym okropnym budynkiem, jakim jest szkoła. Usłyszałam głos mamy, która woła mnie na śniadanie, aż dziwne. Zwykle to samo muszę sobie robić jedzenie i przez to często omijam tę czynność z powodu braku czasu lub chęci. Nagle mój telefon zaczął dzwonić, spojrzałam na wyświetlacz. Drake.
- Halo? - Przywitałam się zaspanym głosem.
- Joe, ty jeszcze śpisz? - Zdziwił się dość bardzo mój chłopak. Zerknęłam na zegarek wiszący na ścianie na przeciwko mojego łóżka. 6:45. I dziwne, że wciąż śpię?
- Taa. - Wymruczałam do komórki, nadal nie podnosząc się z posłania.
- Najwyższa pora. O 7:30 będę po ciebie.
- Mało czasu... - Wyszeptałam jakby sama do siebie.
- Słucham? - Drake widocznie nie dosłyszał tego.
- Nic, nic. Dobra to czekam na ciebie.
- Ok. Zbieraj się skarbie.
Nic nie odpowiedziałam. Jedynie rozłączyłam się i wreszcie mogłam spokojnie wstać z łóżka. Mam dość nie wiele czasu, dlatego nie będę bawić się w pokaz mody i wybiorę to co mi wpadnie w rękę. Kiedy wyszłam z łazienki była już godzina 7:20. Właściwie to w biegu zjadłam przygotowane przez mamę śniadanie, napiłam się kawy, której i tak nie wypiłam do końca, a jedynie kilka łyków. Punkt 7:30 usłyszałam klakson samochodu. Wychyliłam się przez okno dając znak Drake'owi, że już idę, po czym chwyciłam mój plecak, ubierając buty i wyszłam. Nie żegnałam się z mamą, ponieważ jej i tak już nie było. Przeważnie wychodzi wcześniej niż ja. A tata? Aktualnie jest w delegacji, właściwie to dzisiaj wraca wieczorem chyba.
- Witaj królewno. - Przywitał się Drake buziakiem, co odwzajemniłam.
- Hej. - Odpowiedziałam krótko i zajęłam miejsce obok niego, jako pasażer.
- Wyspana? - Zagadał stając na czerwonym świetle. Serio, bo uwierzę, że go to interesuję.
- Nie narzekam.
Po ok 15 minutach drogi byliśmy już na miejscu. Chłopak zaparkował na szkolnym parkingu, po czym spojrzał na mnie.
- Dostanę buzi na podziękowanie? - Zaczęło podstępnie z figlarnym uśmiechem.
- Jasne. - Pocałowałam go w policzek, choć dobrze wiedziałam, że ewidentnie ma na myśli usta. - Spotkamy się dzisiaj? - Zapytałam z nadzieją, że w końcu znajdzie dla mnie czas. Drake podrapał się po głowie, a następnie odpowiedział.
- Chętnie mała, ale jednak nie tym razem.
- Co jest znów ważniejsze od twojej dziewczyno, co? - Lekko poirytowałam się.Ja rozumiem gdyby to się zdarzało raz na jakiś czas, ale kurde no codziennie?
- Mam mecz wieczorem. - Odparł najnormalniej w świecie.
- Ahh tak, jak zwykle. - Westchnęłam tylko, po czym chciałam już wychodzić, lecz chłopak zatrzymał mnie.
- O co ci chodzi?
- Mi? Ależ o nic mi nie chodzi. - Nie miałam ochoty dłużej przebywać w tym samym pomieszczeniu co on, a już tym bardziej oddychać tym samym powietrzem. Tak, wiem to mój chłopak.. ale co z tego? Zachowuje się jak frajer.
- Joe do cholery. - Podniósł głos, choć dobrze wie, że tego wręcz nienawidzę.
- No?
- Uspokoisz się, czy nie?
- Nie. Coś jeszcze?
- Tak.
- Więc słucham, byle by szybko.
- A co tak bardzo ci się już spieszy ode mnie?
- Żebyś wiedział. - Fuknęłam w jego stronę.
- Możesz przestać?
- Co mam niby przestać?
- To co robisz.
- A co ja takiego robię?
- Joe!
- Jeszcze nie jestem głucha, ale jak dłużej będę przebywała z tobą to zapewne mnie to czeka.
- Zachowujesz się jak wredna suka.
- A co jeśli nią jestem?
- Wiem, że jesteś. - Nie ukrywam, że poczułam się z tym źle, ale oczywiście jemu na pewno tego nie pokaże.
- I wiesz co? Dobrze mi z tym. - Powiedziawszy te słowa opuściłam samochód Drake'a. Przypomnijcie mi proszę dlaczego ja wciąż z nim jestem? Szybkim krokiem udałam się do wnętrza szkoły. Już obok drzwi dostrzegłam Amber oraz jej kuzynkę Kelly. Nie przepadam za rodziną przyjaciółki, dlatego zwykle omijam je w takiej sytuacji. Dlaczego tak robię? Kelly to słodka szesnastolatka, która nie widzi nic innego prócz swoich "sweet" ubranek i tony tapety na swojej twarzy. Niczym lalka barbie. Gdy wchodziłam po sporych schodach wprost do wejścia do budynku, usłyszałam głos Amber.
- Hej, Joe! - Niechętnie odwróciłam się w jej stronę, aby zauważyć jak woła mnie do siebie. Podeszłam do niej z grymasem na twarzy. Usłyszałam jak Amber wygania kuzynkę z jej towarzystwa, chociaż tyle dobrze.
- No? - Odparłam stając obok niej.
- Zły humor? - Zagadała zwyczajnie patrzą na mnie.
- Taa.
- Ej mała, co jest?
- Drake jest. - Westchnęłam naburmuszona.
- Ouu stwierdził wreszcie, że jesteś zwykłą jedzą i cię porzucił? - Dogryzła Kelly. Spojrzałam na nią z politowaniem.
- Spierdalaj puki możesz gówniaro.
- Kelly, idź sobie. - Namawiała Amber, przynajmniej ona rozumie, że nie przepadamy za sobą.
- Jasne, jasne. Już idę. - Zaśmiała się, ale na szczęście poszła sobie.
- Sorry za nią, ona po prostu...
- Taka się urodziła? Tak, wiem o tym. Nie twoja wina. - Nie wiem czemu jestem dzisiaj tak chamska i wredna dla każdego... a nie. Jednak wiem. Amber nic się nie odezwała na temat swojej kuzynki, jedynie odwróciła wzrok.
- Kłótnia z Drakiem?
- Bingo. - Zrobiłam głupią minę. Niech ten dzień się już skończy.
- Ej, Joe. Spokojnie, nie pierwsza, nie ostatnia.
- Zajebiste pocieszenie.
- Tak, wiem. Jestem w tym najlepsza. - Zaśmiała się przyjaciółka, a mnie zebrało się na uśmiech.
Kilka godzin później...
Właśnie skończyliśmy lekcje, co oznacza, że wreszcie możemy wyjść z tego okropnego miejsca. Jest godzina 16, lecz ze względu na porę roku niedługo zapewne się ściemni. Ah tak w tym momencie jest listopad, a raczej jego końcówka. Niebawem święta, co oznacza wolne od szkoły. Czekam na to jak na zbawienie.
- Idziemy zapalić? - Zapytała Amber wychodząc z budynku tuż obok mnie. Mamy taki zwyczaj, że po szkole wybieramy się nad pobliską rzekę, gdzie zwyczajnie palimy. Oczywiście mam na myśli papierosy. Jak tak teraz sobie myślę, to jednak nie jestem zbyt normalna.. chociaż? Która siedemnastolatka nie paliła nigdy w tym wieku? Zapewne nieliczne wyjątki. Każdy ma chęć spróbować, lecz nie zawsze kończy się to na jednym papierosie. Mnie w sumie wciągnął w to mój poprzedni chłopak, narkoman i palacz. Nienawidzę go za zmarnowany czas, która na niego poświęcałam i te złudne nadzieje, że kiedyś będzie lepiej, kiedyś się zmieni.. absurd. Tacy ludzie nigdy się nie zmieniają.
- Jasne. - Odpowiedziałam dziewczynie, po czym skręciłyśmy w stronę wspomnianego miejsca. Szło się kawałek, gdyż specjalnie wybrałyśmy to otoczenie, z dala od szkoły.
- Powiesz mi o co poszło z Drakiem? - Zagadała Amber gdy zbliżałyśmy się do naszej ulubionej ławki.
- Nie ma o czym mówić.
- Mają dzisiaj mecz. - Poinformowała nagle.
- Wiem. - Odparłam bez emocji.
- Masz zamiar się pojawić?
- Niekoniecznie.
- Joe.. to twój chłopak. Myślę, że jednak wypadałoby...
- Nie, Amber. - Skróciłam jej wypowiedź, ponieważ zmierza ona donikąd.
- Jak wolisz. - Westchnęła zrezygnowana.
- Wiem.
Przyjaciółka wyciągnęła paczkę fajek i poczęstowała mnie, a następnie sama wyjęła jednego.
- Nowe?
- Mhm. Josh je sprzedaje.
- Josh? Myślałam, że już się z nim nie zadajemy. - Zdziwiłam się. Josh to bliski kumpel Zacka - byłego chłopaka, o którym wspominałam nieco wyżej.
- Bo tak było. - Powiedziała od razu, aczkolwiek po chwili dodała. - Aż do ostatnio.
- Spotkałaś go?
- Coś w tym stylu. - Widać było, że nie chce drążyć tego tematu, dlatego wolałam nie naciskać. Kiedyś i tak mi powie.
- A co z Zackiem? Widziałaś się z nim?
- Nie, ale Josh mówił coś, że wyjechał z Włoch.
- Czemu? - Amber tylko wzruszyła ramionami, po czym wzięła bucha. Zrobiłam to samo patrząc na krajobraz przede mną. Piękna rzeka rozciągająca się wiele kilometrów stąd, wszędzie dookoła jest łąka, jedynie w tym miejscu gdzie my się znajdujemy jest postawiona mała ławeczka. Dlatego to jest właśnie nasze ulubione siedzisko. Zadziwiające, że Włochy są tak duże, ale Josha dziwnym trafem powiało znów do Derf. Nie sądzę, żeby miało to za sobą miłe konsekwencje.
_____________________________________
Hejo. Tak, wiem mało się dzieje, ale zwróćcie uwagę, że to jednak dopiero początek. Dajcie troszkę czasu, aby się rozkręciło :)
- Halo? - Przywitałam się zaspanym głosem.
- Joe, ty jeszcze śpisz? - Zdziwił się dość bardzo mój chłopak. Zerknęłam na zegarek wiszący na ścianie na przeciwko mojego łóżka. 6:45. I dziwne, że wciąż śpię?
- Taa. - Wymruczałam do komórki, nadal nie podnosząc się z posłania.
- Najwyższa pora. O 7:30 będę po ciebie.
- Mało czasu... - Wyszeptałam jakby sama do siebie.
- Słucham? - Drake widocznie nie dosłyszał tego.
- Nic, nic. Dobra to czekam na ciebie.
- Ok. Zbieraj się skarbie.
Nic nie odpowiedziałam. Jedynie rozłączyłam się i wreszcie mogłam spokojnie wstać z łóżka. Mam dość nie wiele czasu, dlatego nie będę bawić się w pokaz mody i wybiorę to co mi wpadnie w rękę. Kiedy wyszłam z łazienki była już godzina 7:20. Właściwie to w biegu zjadłam przygotowane przez mamę śniadanie, napiłam się kawy, której i tak nie wypiłam do końca, a jedynie kilka łyków. Punkt 7:30 usłyszałam klakson samochodu. Wychyliłam się przez okno dając znak Drake'owi, że już idę, po czym chwyciłam mój plecak, ubierając buty i wyszłam. Nie żegnałam się z mamą, ponieważ jej i tak już nie było. Przeważnie wychodzi wcześniej niż ja. A tata? Aktualnie jest w delegacji, właściwie to dzisiaj wraca wieczorem chyba.
- Witaj królewno. - Przywitał się Drake buziakiem, co odwzajemniłam.
- Hej. - Odpowiedziałam krótko i zajęłam miejsce obok niego, jako pasażer.
- Wyspana? - Zagadał stając na czerwonym świetle. Serio, bo uwierzę, że go to interesuję.
- Nie narzekam.
Po ok 15 minutach drogi byliśmy już na miejscu. Chłopak zaparkował na szkolnym parkingu, po czym spojrzał na mnie.
- Dostanę buzi na podziękowanie? - Zaczęło podstępnie z figlarnym uśmiechem.
- Jasne. - Pocałowałam go w policzek, choć dobrze wiedziałam, że ewidentnie ma na myśli usta. - Spotkamy się dzisiaj? - Zapytałam z nadzieją, że w końcu znajdzie dla mnie czas. Drake podrapał się po głowie, a następnie odpowiedział.
- Chętnie mała, ale jednak nie tym razem.
- Co jest znów ważniejsze od twojej dziewczyno, co? - Lekko poirytowałam się.Ja rozumiem gdyby to się zdarzało raz na jakiś czas, ale kurde no codziennie?
- Mam mecz wieczorem. - Odparł najnormalniej w świecie.
- Ahh tak, jak zwykle. - Westchnęłam tylko, po czym chciałam już wychodzić, lecz chłopak zatrzymał mnie.
- O co ci chodzi?
- Mi? Ależ o nic mi nie chodzi. - Nie miałam ochoty dłużej przebywać w tym samym pomieszczeniu co on, a już tym bardziej oddychać tym samym powietrzem. Tak, wiem to mój chłopak.. ale co z tego? Zachowuje się jak frajer.
- Joe do cholery. - Podniósł głos, choć dobrze wie, że tego wręcz nienawidzę.
- No?
- Uspokoisz się, czy nie?
- Nie. Coś jeszcze?
- Tak.
- Więc słucham, byle by szybko.
- A co tak bardzo ci się już spieszy ode mnie?
- Żebyś wiedział. - Fuknęłam w jego stronę.
- Możesz przestać?
- Co mam niby przestać?
- To co robisz.
- A co ja takiego robię?
- Joe!
- Jeszcze nie jestem głucha, ale jak dłużej będę przebywała z tobą to zapewne mnie to czeka.
- Zachowujesz się jak wredna suka.
- A co jeśli nią jestem?
- Wiem, że jesteś. - Nie ukrywam, że poczułam się z tym źle, ale oczywiście jemu na pewno tego nie pokaże.
- I wiesz co? Dobrze mi z tym. - Powiedziawszy te słowa opuściłam samochód Drake'a. Przypomnijcie mi proszę dlaczego ja wciąż z nim jestem? Szybkim krokiem udałam się do wnętrza szkoły. Już obok drzwi dostrzegłam Amber oraz jej kuzynkę Kelly. Nie przepadam za rodziną przyjaciółki, dlatego zwykle omijam je w takiej sytuacji. Dlaczego tak robię? Kelly to słodka szesnastolatka, która nie widzi nic innego prócz swoich "sweet" ubranek i tony tapety na swojej twarzy. Niczym lalka barbie. Gdy wchodziłam po sporych schodach wprost do wejścia do budynku, usłyszałam głos Amber.
- Hej, Joe! - Niechętnie odwróciłam się w jej stronę, aby zauważyć jak woła mnie do siebie. Podeszłam do niej z grymasem na twarzy. Usłyszałam jak Amber wygania kuzynkę z jej towarzystwa, chociaż tyle dobrze.
- No? - Odparłam stając obok niej.
- Zły humor? - Zagadała zwyczajnie patrzą na mnie.
- Taa.
- Ej mała, co jest?
- Drake jest. - Westchnęłam naburmuszona.
- Ouu stwierdził wreszcie, że jesteś zwykłą jedzą i cię porzucił? - Dogryzła Kelly. Spojrzałam na nią z politowaniem.
- Spierdalaj puki możesz gówniaro.
- Kelly, idź sobie. - Namawiała Amber, przynajmniej ona rozumie, że nie przepadamy za sobą.
- Jasne, jasne. Już idę. - Zaśmiała się, ale na szczęście poszła sobie.
- Sorry za nią, ona po prostu...
- Taka się urodziła? Tak, wiem o tym. Nie twoja wina. - Nie wiem czemu jestem dzisiaj tak chamska i wredna dla każdego... a nie. Jednak wiem. Amber nic się nie odezwała na temat swojej kuzynki, jedynie odwróciła wzrok.
- Kłótnia z Drakiem?
- Bingo. - Zrobiłam głupią minę. Niech ten dzień się już skończy.
- Ej, Joe. Spokojnie, nie pierwsza, nie ostatnia.
- Zajebiste pocieszenie.
- Tak, wiem. Jestem w tym najlepsza. - Zaśmiała się przyjaciółka, a mnie zebrało się na uśmiech.
Kilka godzin później...
Właśnie skończyliśmy lekcje, co oznacza, że wreszcie możemy wyjść z tego okropnego miejsca. Jest godzina 16, lecz ze względu na porę roku niedługo zapewne się ściemni. Ah tak w tym momencie jest listopad, a raczej jego końcówka. Niebawem święta, co oznacza wolne od szkoły. Czekam na to jak na zbawienie.
- Idziemy zapalić? - Zapytała Amber wychodząc z budynku tuż obok mnie. Mamy taki zwyczaj, że po szkole wybieramy się nad pobliską rzekę, gdzie zwyczajnie palimy. Oczywiście mam na myśli papierosy. Jak tak teraz sobie myślę, to jednak nie jestem zbyt normalna.. chociaż? Która siedemnastolatka nie paliła nigdy w tym wieku? Zapewne nieliczne wyjątki. Każdy ma chęć spróbować, lecz nie zawsze kończy się to na jednym papierosie. Mnie w sumie wciągnął w to mój poprzedni chłopak, narkoman i palacz. Nienawidzę go za zmarnowany czas, która na niego poświęcałam i te złudne nadzieje, że kiedyś będzie lepiej, kiedyś się zmieni.. absurd. Tacy ludzie nigdy się nie zmieniają.
- Jasne. - Odpowiedziałam dziewczynie, po czym skręciłyśmy w stronę wspomnianego miejsca. Szło się kawałek, gdyż specjalnie wybrałyśmy to otoczenie, z dala od szkoły.
- Powiesz mi o co poszło z Drakiem? - Zagadała Amber gdy zbliżałyśmy się do naszej ulubionej ławki.
- Nie ma o czym mówić.
- Mają dzisiaj mecz. - Poinformowała nagle.
- Wiem. - Odparłam bez emocji.
- Masz zamiar się pojawić?
- Niekoniecznie.
- Joe.. to twój chłopak. Myślę, że jednak wypadałoby...
- Nie, Amber. - Skróciłam jej wypowiedź, ponieważ zmierza ona donikąd.
- Jak wolisz. - Westchnęła zrezygnowana.
- Wiem.
Przyjaciółka wyciągnęła paczkę fajek i poczęstowała mnie, a następnie sama wyjęła jednego.
- Nowe?
- Mhm. Josh je sprzedaje.
- Josh? Myślałam, że już się z nim nie zadajemy. - Zdziwiłam się. Josh to bliski kumpel Zacka - byłego chłopaka, o którym wspominałam nieco wyżej.
- Bo tak było. - Powiedziała od razu, aczkolwiek po chwili dodała. - Aż do ostatnio.
- Spotkałaś go?
- Coś w tym stylu. - Widać było, że nie chce drążyć tego tematu, dlatego wolałam nie naciskać. Kiedyś i tak mi powie.
- A co z Zackiem? Widziałaś się z nim?
- Nie, ale Josh mówił coś, że wyjechał z Włoch.
- Czemu? - Amber tylko wzruszyła ramionami, po czym wzięła bucha. Zrobiłam to samo patrząc na krajobraz przede mną. Piękna rzeka rozciągająca się wiele kilometrów stąd, wszędzie dookoła jest łąka, jedynie w tym miejscu gdzie my się znajdujemy jest postawiona mała ławeczka. Dlatego to jest właśnie nasze ulubione siedzisko. Zadziwiające, że Włochy są tak duże, ale Josha dziwnym trafem powiało znów do Derf. Nie sądzę, żeby miało to za sobą miłe konsekwencje.
_____________________________________
Hejo. Tak, wiem mało się dzieje, ale zwróćcie uwagę, że to jednak dopiero początek. Dajcie troszkę czasu, aby się rozkręciło :)
niedziela, 17 lipca 2016
Rozdział 1
Nazywam się Joe. Jedni mówią, że jestem narwaną buntowniczką, jednakże ja bym tak tego nie nazwała. Zwyczajnie przywykłam stawiać na swoim i nigdy, ale to przenigdy nie poddawać się. Moje dotychczasowe życie nie było wcale takie złe. Może je wam nieco wspomnę.
Być może i jestem zwariowana, ale raczej nie sprawiam problemów rodzicom, z którymi wciąż mieszkam. Ah tak... wiedziałam, że coś pominęłam. Jestem siedemnastoletnią dziewczyną, zamieszkałą małe miasteczko o nazwie Derf, położone we Włoszech. Z czego wynika, że jestem włoszką, aczkolwiek moi rodzice są amerykaninami. Hm.. raczej powinnam powiedzieć "nowi rodzice". Mianowicie zostałam adoptowana w wieku 2 lat, dlatego nie mam pojęcia nawet jak wyglądali ci prawdziwi, a co dopiero jacy byli. Czasem zastanawia mnie tylko dlaczego to zrobili... jaki był powód porzucenia mnie. No cóż i tak nigdy się już tego nie dowiem zapewne.
Moim szczególnym znakiem rozpoznawczym jest malutkie znamię, wyglądające jak tatuaż. Jego miejscem jest lewa łopatka, dlatego nie wiele ludzi wie o jego istnieniu. Właściwie, to nie mam pewności czy ktokolwiek o nim wie. Stał się on dla mnie czymś osobistym, czymś czym nie chce dzielić się z byle kim.
Ogólnie prowadzę normalne życie, jak przeciętna nastolatka w tym wieku. Uczęszczam do szkoły, uczę się, wychodzę ze znajomymi, imprezuję.. a no i mam chłopaka. Nasz związek jest dość specyficzny. Nie spędzamy ze sobą całych dni ani nie wychodzimy na mega słodkie randki, jak to zwykle bywa. Jesteśmy raczej, aby się wspierać.. no przynajmniej wtedy kiedy mamy na to czas. Drake gra w drużynie piłkarskie, przez co często nie ma czasu dla mnie, a jeśli nawet znajdzie tą wolną chwilę to jest zbyt zmęczony, aby ze mną nawet porozmawiać. Mimo tego wszystkiego nie chce z nim zrywać. I nie, to nie ma nic wspólnego z miłością. Więc pewnie, spytacie czemu nadal z nim jestem? Szczerze, to sama nie znam odpowiedzi na to pytanie. Może to kwestia przyzwyczajenia, a może popularności. Muszę przyznać, że poprzez bycie z Drakiem zaczęłam być znana i to dość w dużej mierzę, choć nie zawsze pozytywnie. Oczywiście mi nie zależy na tym wszystkim, ale jednak miło być zauważalnym. Drake nie jest kapitanem drużyny, lecz ciągle do tego mierzy. Co ja o tym myślę? Uważam, że uda mu się, bo jednak jest w tym dobry. Moim hobby natomiast są przygody. Mało kreatywnie? No cóż, poznajcie mnie lepiej, to zmienicie zdanie zapewne.
- Hej! Tu nie wolno wchodzić! - Usłyszałyśmy głos ochroniarza, gdy uradowane opuszczałyśmy zaplecze sceny, gdzie znajdowała się przebieralnia Eminema. Streszczając włamałyśmy się tu, aby otrzymać autograf i inne ciekawe atrakcje od celebryty. Zabawne, nie? Wszystko pięknie, fajnie gdyby nie fakt, że zostałyśmy przyłapane opuszczając już to miejsce. A tak mało brakowało... Spojrzałyśmy na siebie i bez zbędnych słów przeszłyśmy do plany B. Amber pobiegła na prawo, natomiast moja była lewa strona. Miało to na celu zmylenie, a szczególniej zgubienie ochroniarza. Mężczyzna ruszył w pościg za przyjaciółką, dlatego mogłam nieco zwolnić i pozbierać myśli. Wokół zaczęło się ściemniać. Bez przerwy kierowałam się do umówionego miejsca, czyli małego placu połączonego z każdej strony inną drogą. To nasze ulubione miejsce, również dlatego, że nikt tu nie przebywa. Plac otoczony jest ogromnym murem, dzięki czemu mamy pewność, że nikt o nim nie wie. Biegłam wciąż przed siebie, dopiero gdy byłam blisko celu zwolniłam. Rozejrzałam się dokładnie, lecz nigdzie nie dostrzegłam Amber. Przecież to nie możliwe, żeby ją złapali. Jesteśmy w tym zbyt dobre. Jeszcze raz uważnie zbadałam okolice wzrokiem, już lekko zdenerwowana.
Nagle poczułam czyjeś dłonie zasłaniające moje oczy. Przez chwilę nie wiedziałam co się dzieję. W momencie gdy chciałam zaatakować napastnika usłyszałam znajomy śmiech. Gwałtownie się odwróciłam z ulgą wymalowaną na twarzy. Amber zaczęła się śmiać jeszcze bardziej.
- Boże. Szkoda, że nie wiedziałaś swojej miny. - Powiedziała przez napady śmiechu. Spojrzałam na nią przelotnie.
- Co tak długo? - Spytałam przypominając sobie, że już chwilę czekam.
- Nie mogłam go zgubić. Dobry jest skurwiel. - Wytłumaczyła nawiązując do ucieczki. Uśmiechnęłam się na myśl o uciekającej przyjaciółce. Dziewczyna jest jedną z najlepszych z lekkoatletyki, dlatego nie mam zwykle wątpliwości co do jej zdolności.
- Mniejsza o to. Ważne, że udało nam się. - Odparłam zadowolona.
- A wątpiłaś w to?
- Nie. - Stwierdziłam pewnie.
- Jesteśmy najlepsze. - Powiedziała dumna Amber przybijając mi "piątkę".
- Wracajmy już.
Być może i jestem zwariowana, ale raczej nie sprawiam problemów rodzicom, z którymi wciąż mieszkam. Ah tak... wiedziałam, że coś pominęłam. Jestem siedemnastoletnią dziewczyną, zamieszkałą małe miasteczko o nazwie Derf, położone we Włoszech. Z czego wynika, że jestem włoszką, aczkolwiek moi rodzice są amerykaninami. Hm.. raczej powinnam powiedzieć "nowi rodzice". Mianowicie zostałam adoptowana w wieku 2 lat, dlatego nie mam pojęcia nawet jak wyglądali ci prawdziwi, a co dopiero jacy byli. Czasem zastanawia mnie tylko dlaczego to zrobili... jaki był powód porzucenia mnie. No cóż i tak nigdy się już tego nie dowiem zapewne.
Moim szczególnym znakiem rozpoznawczym jest malutkie znamię, wyglądające jak tatuaż. Jego miejscem jest lewa łopatka, dlatego nie wiele ludzi wie o jego istnieniu. Właściwie, to nie mam pewności czy ktokolwiek o nim wie. Stał się on dla mnie czymś osobistym, czymś czym nie chce dzielić się z byle kim.
Ogólnie prowadzę normalne życie, jak przeciętna nastolatka w tym wieku. Uczęszczam do szkoły, uczę się, wychodzę ze znajomymi, imprezuję.. a no i mam chłopaka. Nasz związek jest dość specyficzny. Nie spędzamy ze sobą całych dni ani nie wychodzimy na mega słodkie randki, jak to zwykle bywa. Jesteśmy raczej, aby się wspierać.. no przynajmniej wtedy kiedy mamy na to czas. Drake gra w drużynie piłkarskie, przez co często nie ma czasu dla mnie, a jeśli nawet znajdzie tą wolną chwilę to jest zbyt zmęczony, aby ze mną nawet porozmawiać. Mimo tego wszystkiego nie chce z nim zrywać. I nie, to nie ma nic wspólnego z miłością. Więc pewnie, spytacie czemu nadal z nim jestem? Szczerze, to sama nie znam odpowiedzi na to pytanie. Może to kwestia przyzwyczajenia, a może popularności. Muszę przyznać, że poprzez bycie z Drakiem zaczęłam być znana i to dość w dużej mierzę, choć nie zawsze pozytywnie. Oczywiście mi nie zależy na tym wszystkim, ale jednak miło być zauważalnym. Drake nie jest kapitanem drużyny, lecz ciągle do tego mierzy. Co ja o tym myślę? Uważam, że uda mu się, bo jednak jest w tym dobry. Moim hobby natomiast są przygody. Mało kreatywnie? No cóż, poznajcie mnie lepiej, to zmienicie zdanie zapewne.
- Hej! Tu nie wolno wchodzić! - Usłyszałyśmy głos ochroniarza, gdy uradowane opuszczałyśmy zaplecze sceny, gdzie znajdowała się przebieralnia Eminema. Streszczając włamałyśmy się tu, aby otrzymać autograf i inne ciekawe atrakcje od celebryty. Zabawne, nie? Wszystko pięknie, fajnie gdyby nie fakt, że zostałyśmy przyłapane opuszczając już to miejsce. A tak mało brakowało... Spojrzałyśmy na siebie i bez zbędnych słów przeszłyśmy do plany B. Amber pobiegła na prawo, natomiast moja była lewa strona. Miało to na celu zmylenie, a szczególniej zgubienie ochroniarza. Mężczyzna ruszył w pościg za przyjaciółką, dlatego mogłam nieco zwolnić i pozbierać myśli. Wokół zaczęło się ściemniać. Bez przerwy kierowałam się do umówionego miejsca, czyli małego placu połączonego z każdej strony inną drogą. To nasze ulubione miejsce, również dlatego, że nikt tu nie przebywa. Plac otoczony jest ogromnym murem, dzięki czemu mamy pewność, że nikt o nim nie wie. Biegłam wciąż przed siebie, dopiero gdy byłam blisko celu zwolniłam. Rozejrzałam się dokładnie, lecz nigdzie nie dostrzegłam Amber. Przecież to nie możliwe, żeby ją złapali. Jesteśmy w tym zbyt dobre. Jeszcze raz uważnie zbadałam okolice wzrokiem, już lekko zdenerwowana.Nagle poczułam czyjeś dłonie zasłaniające moje oczy. Przez chwilę nie wiedziałam co się dzieję. W momencie gdy chciałam zaatakować napastnika usłyszałam znajomy śmiech. Gwałtownie się odwróciłam z ulgą wymalowaną na twarzy. Amber zaczęła się śmiać jeszcze bardziej.
- Boże. Szkoda, że nie wiedziałaś swojej miny. - Powiedziała przez napady śmiechu. Spojrzałam na nią przelotnie.
- Co tak długo? - Spytałam przypominając sobie, że już chwilę czekam.
- Nie mogłam go zgubić. Dobry jest skurwiel. - Wytłumaczyła nawiązując do ucieczki. Uśmiechnęłam się na myśl o uciekającej przyjaciółce. Dziewczyna jest jedną z najlepszych z lekkoatletyki, dlatego nie mam zwykle wątpliwości co do jej zdolności.
- Mniejsza o to. Ważne, że udało nam się. - Odparłam zadowolona.
- A wątpiłaś w to?
- Nie. - Stwierdziłam pewnie.
- Jesteśmy najlepsze. - Powiedziała dumna Amber przybijając mi "piątkę".
- Wracajmy już.
Prolog
Wyobraź sobie, że w jednej chwili ktoś próbuje wmówić ci, że jesteś inna.
Że masz nadludzkie zdolności, że nie pasujesz do tego świata.
Pewnie pomyślałabyś, że to absurd, nieprawdaż?
A co gdybyś dostała niepodważalne dowody na to?
Też byś nie uwierzyła, prawda?
Aczkolwiek po czasie sama zorientowałabyś się, że coś jest nie tak.
Coś jest innego w tobie, czego wcześniej nie zauważyłaś.
Zaczynasz zwracać uwagę na detale.
Myślisz, że to obłęd.
Lecz dopiero po czasie dostrzegasz, że to prawda.
A ty.
Jesteś wybraną.
#klaudia0614
Subskrybuj:
Posty (Atom)
