poniedziałek, 26 czerwca 2017

Rozdział 24

    Impreza... No nic nowego nie jestem w stanie tu powiedzieć. Mnóstwo rozlewającego się alkoholu, napalone nastolatki, standardowe bójki oraz głośna muzyka. To czynniki występujące na każdej domówce, przynajmniej każdej, na której byłam.
— Wreszcie. Miałem myśl, że nie przyjdziesz — usłyszałam głos Olivera, które podszedł do mnie.
— A jednak — odpowiedziałam rozbawiona — gdzie jest Amber?
— Aa, no, nie wiem. — Ewidentnie przyjaciel jest już wstawiony.
— Ile już wypiłeś?
— A ja wiem... już dawno przestałem liczyć — odparł, jakby to było oczywiste.
— Ty pijaku — zaśmiałam się, patrząc na chłopaka.
— Oj, nie marudź, tylko chodź tu i pij — Zacytował, prawie dobrze, tekst piosenki swojego ulubionego rapera, B.R.O
— Niezły raper z ciebie, młody.
— O ty. Za to "młody" wisisz mi kolejkę — w tym momencie oboje zaczęliśmy się śmiać.
Po nic nie wynoszącej rozmowie z Oliverem, wreszcie zgodziłam się napić z nim. Takim właśnie sposobem, kończę wlewać w siebie czwarty kieliszek wódki. Między czasie rozglądam się w poszukiwaniu Amber, lecz na próżno.
— chodź tańczyć, przecież zanudzisz mi się tu — Nagle zaproponował Oliver, na co się zgodziłam. Muzyka głośno dudniła, dzięki czemu na "parkiecie" było sporo pijanego towarzystwa. Aktualnie roznosiły się dźwięki dość rytmicznej piosenki, dlatego, wraz z przyjacielem, bawiliśmy się świetnie i łatwo było nam dopasować się do melodii. Ciągłe podskoki, piruety, czy inne dziwactwa, wymęczyły mnie.
— Muszę odpocząć — powiedziałam dość głośno, aby przyjaciel mógł mnie usłyszeć.
— Dobra. Tylko wróć niedługo — odpowiedział, po czym obrał sobie nowy cel do zabawiania. Chłopakowi łatwo nawiązuje się nowe kontakty, dzięki czemu nie martwię się zostawiając go samego.
Podeszłam do stołu, gdzie siedziałam wcześniej, lecz szybko zmieniłam zdanie. Na jednym z krzeseł siedział Drake, osoba której miałam już nie spotykać na swojej drodze. Odwróciłam się, aby umiejętnie wycofać się z jego pola widzenia. Niestety, nie udało się.
— Hej, nie uciekaj — Drake chwycił mnie za ramię, tym samym obracając w swoją stronę. — nawet się nie przywitasz?
— Najwidoczniej mam powody — odparłam z niechęcią.
— Jak zwykle wygadana.
— Puść mnie — rozkazałam, gdyż wciąż trzymał moje ciało.
— Ależ oczywiście — Drake zostawił moje ramię w spokoju, lecz wciąż był blisko mnie. — chciałem tylko pogadać — dokończył, czym mnie zaskoczył.
— Pogadać? A my w ogóle mamy o czym gadać?
— Joe — westchnął, jakby mnie karcił za złe zachowanie. — nie musisz pokazywać przy mnie swojej wredności. Doskonale wiem, jaka potrafisz być.
— Czego chcesz? — nie mam zamiaru stać tutaj z nim pół nocy, dlatego wolę od razu przejść do konkretów.
— Pamiętasz jak było nam świetnie razem? — spytał, lecz nie czekał na moją reakcje, tylko kontynuował dalej. —byłaś szczęśliwa ze mną, dawałem ci wszystko, czego zapragnęłaś...
— Co, proszę? Nigdy nie byłam przy tobie szczęśliwa — zaprzeczyłam jego słowom, gdyż zwyczajnie nie są prawdą.
— Nie kłam, Joe — zbliżył się do mnie. — oboje wiemy, że był czas, kiedy byłaś wręcz przeszczęśliwa.
Jego bliskość i to jak wymawiał każde słowo sprawiła, że zaczynałam przypominać sobie chwile, które chciałam na zawsze wyprzeć z pamięci.
— Te wszystkie wspólne spacery, wypady do kina, na miasto... łączyły nas i sprawiały, że byliśmy prawdziwą parą — kontynuował swoją wypowiedź. Czułam się jak w transie, nic nie mogąc się odezwać przypatrywałam się jego ruchom, gestom oraz wsłuchiwałam się w każde wypowiadane słowo. Mówił tonem, który wskazywał na to, że jest przejęty wspomnieniami, które widocznie wprawiają go w sentymentalny nastrój.
— A pocałunki? Były przepełnione miłością o jakiej zawsze marzyłaś — w tym momencie i ja zaczęłam wracać do przeszłości. Do chwil, w których, tak jak już to ujął chłopak, byłam szczęśliwa. Ma racje, chociaż wolałabym, aby kłamał. Nie trwało to długo, były to dosłownie początki naszego związku. Zresztą, z tego co wiem, zawsze tak bywa. Najpierw wydaje się wręcz idealnie, dopiero z czasem pojawiają się problemy, które przeważnie kończą się kłótnią.
— Joe — wypowiedział moje imię z namiętnością, jakiej brak było w naszym dotychczasowym związku. — to wszystko może wrócić. Wystarczy, żebyś tylko zapragnęła tego.
— Drake — wzięłam głęboki wdech. — między nami już wszystko skończone — spojrzałam w jego oczy, które w tym momencie wyrażały smutek. Było to wręcz niespotykane u niego. — nie jesteś w stanie naprawić muru, który sam zburzyłeś.
— Wiem. Zburzyłem, ale czemu od razu całkowicie mnie przekreślasz? — spytał, bliski rozpaczy. Zrobiło mi się go szkoda, ale nie mogę wymiękną. Nie po tym co mi zrobił.
— Zwyczajnie znam cię i wiem, że nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Jesteś miły, dobry, ale to wszystko jest teraz. Minie zaledwie kilka dni, a ty znów staniesz się taki jakim jesteś na co dzień. — Każde słowo wypowiadałam wyraźnie, aby dobrze mnie zrozumiał. — nie wiem co teraz tobą kieruje, może zbyt duża ilość alkoholu we krwi lub wewnętrzne sumienie, lecz dobrze wiem, że to nie prawda. To wszystko minie tak szybko, jak przyszło.
— Nie prawda — Zaprzeczył automatycznie, gdy tylko skończyłam wypowiedź. — jestem trzeźwy, nic nie brałem... mówię to prosto z serca — żalił mi się.
— Przykro mi, Drake. Najlepiej będzie dla nas oboje, gdy zapomnimy o sobie — przez wspomnienia które przed chłopaka zagościły w mojej głowie, ciężko było mi wypowiadać tak mocne słowa. — wiem, że to nie jest łatwe, ale z czasem ci przejdzie. Ból minie, a wspomnienia... — spojrzałam raz jeszcze na niego. — będą jedynie nędzną przeszłością — dokończyłam, po czym odwróciłam się zgrabnie i opuściłam jego pole widzenia. Ciągle myślałam o jego słowach. Chociaż bardzo chciałam, nie dawało mi to spokoju.

Goście Kodiego bawili się świetnie. Wszędzie można było zauważyć puste butelki po alkoholu, szczególnie wódce. Sporo tańczących ludzi zajmowało środek salonu, przez co ciężko było się z niego wydostać. Gdzieś w kątach stały grupki znajomych, którzy dyskutowali na jakieś niedorzeczne tematy. W końcu czego się dziwić, każdy z nas był już pijany. Moją uwagę przykuło zgromadzenie przy drzwiach kuchni, dlatego też podeszłam tam.
— Co tu się dzieje? — spytałam, gdyż usłyszałam krzyk zza drzwi. Pomimo głośnej muzyki, dało się usłyszeć głoś osoby w środku.
— Maria zatrzasnęła się w kuchni — powiedział jakiś chłopak stojący obok mnie.
— Czemu nie wyważycie tych drzwi? — spytałam, ponieważ  według mnie, był to najlepszy sposób.
— Nie da się — uświadomiła mnie ta sama osoba. — te drzwi są zrobione z nie wiadomo czego — chłopak sam był zaskoczonym obrotem sytuacji. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę głośników, które już po chwili wydawały z siebie o wiele cichsze dźwięki.
— Hej! Co ty robisz? — dobiegły mnie głosy oburzonych imprezowiczów. Nie przejmowałam się tym wcale, dla mnie ważniejsze było to, aby wydostać Marię. Skoro zwykłych, drewnianych drzwi nie da się wyważyć, to nie może być normalne zatrzaśnięcie się. Równie pospiesznie wróciłam do poprzedniego miejsca.
— Odsunąć się wszyscy — rozkazałam. Każdy wykonał moje polecenie, dzięki czemu dostałam się pod same drzwi. — Maria, słyszysz mnie? — starałam się nawiązać jakąkolwiek rozmowę z przestraszoną dziewczyną.
— Tak, słyszę — zza ściany dotarł do mnie jej cichy głos. Przystawiłam ucho do tworzywa, aby nasłuchiwać tego, co dzieje się po drugiej stronie. To co doszło do moich uszu, wcale nie uspokoiło mnie.
— Na ziemie! — krzyknęłam tak głośno, jak tylko mogłam. Sama również padłam na panele. Nie zdążyłam nic więcej wypowiedzieć, ponieważ nastąpił wybuch kuchenki. Skąd to wiedziałam? Proste, dzięki moim mocom mogę o wiele więcej niż przeciętny człowiek. Wszyscy w mojej okolicy także znaleźli się na ziemi, przez co nic im się nie stało. Przez siłę, jaką spowodował wybuch, drzwi wyleciały wraz z zawiasami i wylądowały kilka metrów dalej. Wstałam z ziemi i rozejrzałam się za Marią. W tym momencie nie zwracałam uwagi na szkody jakie wyrządziła eksplozja. Dostrzegłam dziewczynę leżącą na podłodze. Podeszłabym do niej, gdyby nie fakt, że jej ciało znajdowało się w środku ognia, tworzącego okrąg. Zrobiłam krok w stronę płomieni.
— Joe! — usłyszałam swoje imię, ale nie odwróciłam się. Nie chcę, aby coś zdekoncentrowało mnie. — Nie rób tego! Zginiesz! — głos za mną nie dawał mi spokoju. Nie poddawałam się. Wyciągnęłam dłonie przed siebie. Nie mam pewności, czy się uda, aczkolwiek jeżeli nie spróbuję, nigdy się nie dowiem. Skupiłam się na ogniu, czułam moc, która we mnie tkwi. Dzięki tej sile uwierzyłam, że jestem w stanie to zrobić. Przestałam myśleć o tym co dzieje się za mną, całkowicie wyłączyłam się na ten jeden, mały moment. Przymknęłam oczy, aby móc lepiej się wczuć. Delikatnie je uchyliłam, a wtedy nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Dosłownie naprzeciwko mnie płomienie rozstąpiły się, tworząc mi przejście. Zwyczajnie udało się. Nie pokazywałam po sobie radości, jedynie powolnym krokiem zbliżyłam się do dziewczyny. Wzięłam ją na ręce i zaniosłam w bezpieczne miejsce. Zauważyłam, że istoty ziemskie nie są w stanie ujrzeć moim "czarów". Jedyne co widzieli to ostry biel, a gdzieś w środku niego, mnie. Ułatwiło mi to wiele spraw, gdyż nie uwolniłabym się od nadmiernej ilości pytań z ich strony. Wszyscy patrzyli na mnie z niedowierzaniem, gdy delikatnie kładłam Marię na sofie. Nie musiałam długo czekać, niemalże od razu przybiegli chłopaki, w tym brat dziewczyny, którzy zabrali ją stąd. Jednak nim całkowicie zniknęli z mojego pola widzenia, Stefan wrócił do mnie.
— Joe — wypowiedział moje imię, aby zwrócić na siebie uwagę. — Dziękuję.
— Nie ma za co, to dla mnie przyjemność — uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie.
— Gdyby nie ty, moja młodsza siostra... — westchnął z niedowierzaniem. Widać, że jest to dla niego ciężkie. — mogłoby już jej nie być — dokończył z łzami w oczach.
— Spokojnie. Najważniejsze, że żyję i nic jej nie jest — starałam się go uspokoić. — a teraz idź do niej, na pewno cię potrzebuje.
— Jeszcze raz dziękuję — powiedział, po czym zniknął w tłumie innych ludzi. Wszyscy opuszczali już dom Kodiego. Jego impreza na pewno przejdzie do historii. Sama również udałam się do własnego domu, aby móc wreszcie wziąć przyjemny prysznic, a następnie położyć się do wygodnego łóżka i zwyczajnie zasnąć.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Rozdział 27

  Dotarłam do domu niedługo później. Szłam dość szybko, ponieważ nie chciałam natrafić na niebezpieczeństwo.
– Gdzie Amber? – spytała mama, gdy weszłam do domu sama.
– Źle się poczuła, dlatego odprowadziłam ją – odpowiedziałam wchodząc do salonu, gdyż tam znajdowała się kobieta. Nie powiedziałam jej prawdy, to chyba normalne. Modliłam się tylko żeby nie dążyła tematu.
– Dobrze, że ją odprowadziłaś – pochwaliła mnie i wróciła wzrokiem na ekran telewizora.
– Pójdę siebie, jeszcze chciałam się wykąpać – myślałam głośno, po czym faktycznie poszłam do góry. Szłam schodami, a na ich szczycie skręciłam do swojego pokoju. Stanęłam przed szafą i wyjęłam z niej piżamę oraz czystą bieliznę. Z wybranymi ubraniami ruszyłam w stronę łazienki. Po wejściu zamknęłam drzwi na klucz i rozebrałam się. Stanęłam przed lustrem i dokładnie analizowałam swoje ciało. Schudłam, być może z nerwów. Moja skóra stała się jaśniejsza, twarz bardziej bladsza. Stałam się bardziej poważna, ciągle jestem przygnębiona. Martwię się o losy moich bliskich, ale i także ludzi z tamtego świata. Odkręciłam kurek z ciepłą wodą i czekałam aż napełni się wanna. Powoli weszłam do środka, ciecz była dość gorąca, dlatego robiłam to ostrożnie, aby stopniowo przyzwyczaić się do temperatury. Usiadłam w wannie, kładąc głowę na ściankę i wreszcie mogłam się zrelaksować. Pod wpływem bardzo cieplej wody moje całe ciało mogło odpocząć i zregenerować siły na nowo. Zamknęłam oczy, dzięki czemu umysł także mógł się wyciszyć.
Moje myśli znów krążyły wokół nieznajomych mi osób, które narażają na niebezpieczeństwo moich bliskich. Nie rozumiem dlaczego oni to robią. Nie chce, aby tak się działo. Muszę zadziałać, aby to wszystko naprawić. Stałam się silniejsza, nie pozwolę, aby ktokolwiek stanął mi na drodze szczęścia. Wrócę tam i rozprawie się raz na zawsze z tą chorą istotą nadprzyrodzoną. Zrobię to i to jak najszybciej. Muszę to zrobić, po prostu nie mam innego wyjścia. Oni nigdy nie dadzą mi spokoju, a to zaszło już za daleko.
Miałam się zrelaksować, a i tak moje myśli nie dały mi spokoju. Umyłam się i wyszłam z wanny. Wysuszyłam moje mokre ciało, po czym ubrałam się w przygotowane wcześniej ubrania. Ostatni raz spojrzałam w lustro i opuściłam pomieszczenie. Skierowałam się z powrotem do swojego pokoju. Uchyliłam okno, gdyż zrobiło się duszno. Spojrzałam przez nie, uwielbiam nocny widok. Niestety jest już późno, a ja jestem zmęczona, dlatego nie trwało to długo. Gdy tylko poczułam chłodne powietrze na swojej skórze, zamknęłam okno i położyłam się, wcześniej gasząc światło. Przykryłam się szczelnie kołdrą i zamknęłam oczy. Sen przyszedł szybko i już po krótkiej chwili odpłynęłam.
~*~
Obudziłam się rano bardzo wcześnie. Przeciągnęłam się i usiadłam na łóżku. Przetarłam zaspane oczy. Postanowiłam wstać i zrobić sobie śniadanie. Wszyscy jeszcze spali, dlatego w domu panowała grobowa cisza. Skierowałam się do kuchni, wyciągnęłam z lodówki mleko, a z szafki płatki. Nasypałam płatki do miski i zalałam mlekiem, po czym wsadziłam do mikrofali. Ustawiłam temperaturę na sześćset stopni, a czas na dwie minuty i czekałam.
Gdy czas upłynął wyjęłam naczynie z urządzenia i postawiłam na stole. Usiadłam na przeciwko miski i zaczęłam jeść. Nagle do pomieszczenia weszła mama, która nastawiła wodę na kawę.
– Cześć mamo – przywitałam się, a ona zrobiła to samo.
– Jakie plany na dziś?
– A nie wiem jeszcze – powiedziałam bez zastanowienia. – Raczej pójdę do Amber – powiedziałam, gdy przypomniałam sobie o moich zamiarach wrócenia do tamtego świata.
– To baw się dobrze – odparła i zrobiła sobie kawę. – Ja zaraz idę do pracy, tata zresztą też.
Przytaknęłam na jej słowa i wróciłam do jedzenia moich płatków. Mama popijała swoją ulubioną kawę, czasem coś powiedziała pod nosem, głośno myślała. Nagle spojrzała na zegarek. Szósta czterdzieści trzy.
– Lecę do pracy – powiedziała, gdy ujrzała cyfry na zegarze. – Pa, słońce – pożegnała się w pośpiechu i już jej nie było. Ledwie zdążyłam odpowiedzieć "pa". Mama zawsze taka była, całe jej życie rozgrywa się w przyspieszonym tempie.
Przebrałam się i zrobiłam lekki makijaż, po czym byłam gotowa do wyjścia. Mam nadzieję, że wciąż pamiętam gdzie znajduje się przejście. Założyłam buty oraz kurtkę i spokojnie opuściłam budynek. W drodze wyjęłam telefon i napisałam do Amber.

"Hej. Zrobisz coś dla mnie?"

Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.

"Co jest?"

"Będziesz mnie kryła. Potrzebuję załatwić pewną sprawę, lecz nikt nie może o tym wiedzieć"

Mam tylko nadzieję, że nie będzie drążyć tematu.

"Ostatnio ciągle masz jakieś tajemnice. Masz jakieś problemy?"

Jej pytanie zaskoczyło mnie. Nie sądziłam, że może tak to odebrać.

"Nie. Wszystko jest dobrze, po prostu muszę coś załatwić"

"Mam nadzieję, że wiesz co robisz"

Nadal szłam w stronę mojego celu, ani na chwilę nie zatrzymując się.

"Jakby coś, to nocuję u ciebie. Wyjaśnię ci wszystko, gdy wrócę"

Gdy skończyłam konwersacje z Amber byłam już w znanym mi lesie. Szłam w głąb jego zastanawiając się czy dam sobie radę. Jestem pewna siebie, to prawda, ale jednak gdy mam stawić czoła tak potężnej istocie, lękam się. Nie sądzę, abym miała tak dużo siły, tak dobrze opanowane wszystkie moce, żeby go pokonać.
Odnalazłam szukane miejsce i bez zastanowienia przekroczyłam barierę dzielącą dwa różne światy. Ogarnęło mnie to samo uczucie, które towarzyszyło mi za pierwszym razem. Czułam lęk, bałam się tego co kryje się po drugiej stronie. W jednej chwili oślepił mnie blask dochodzący z wewnątrz przejścia. Moje ciało stało się lekkie.
Gdy dotarłam wreszcie w pożądane miejsce byłam zaskoczona widokiem przed sobą. Znajdowałam się w środku miasteczka, dokładnie w tym miejscu, gdzie jeszcze niedawno panował tu spokój, a radość biła na kilometry od tutejszych istot. Natomiast teraz nie jestem w stanie stwierdzić czy trafiłam w odpowiednie miejsce. Głośne krzyki dorosłych i piski dzieci dominowały tego dnia. Wszystko wydawało się jak z filmu. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Istne szaleństwo. Każdy biegł przed siebie nie zważając na nic ani na nikogo. Liczyło się tylko to, aby opuścić teren zagłady. Niewinne ludzkie ciała leżały na glebie bez litry krwi w sobie. Budynki stały się ruinami. Piękne tętniące życiem miasto zamieniło się w rzeźnie. Przerażał mnie ten widok, lecz poniekąd to moja wina. Mogłam temu zaradzić, jednakże uciekłam.
Powróciłam na nowo i obiecuję, że osoba odpowiedzialna za zbrodnie niewinnych istot zginie marnie wyrokiem, który sama wydała na moje miasto. "Zły Panie" idę do ciebie.

sobota, 10 czerwca 2017

Rozdział 22

Joe

Obudziłam się dość zaskoczona, gdyż nie leżałam już na zimnej ziemi, lecz w miękkim łóżku. Co więcej, znam ten pokój i mogę śmiało stwierdzić, że jestem w pokoju Nathana. Wstałam i pożałowałam tego. Ból jaki czułam był dość silny. Spojrzałam na swoje ciało, wszędzie miałam siniaki, co mnie przeraziło. Boże jak ja wyglądam. Postanowiłam poszukać Nathana. Skierowałam się do salonu, co było trafne,gdyż akurat tam znajdował się chłopak.
– Powinnaś leżeć – stwierdził, gdy tylko mnie dostrzegł.
– Jak się tu znalazłam?
– Nie olewaj mnie
– Zaraz pójdę. Odpowiedz mi
–  Mój znajomy was wyciągnął, a ja zabrałem cie tutaj
– Okej...
Leżałam w salonie na kanapie, w czasie gdy chłopak oglądał jakiś film w telewizji, który zupełnie mnie nie interesował. Byłam bardziej skupiona na myślach. To był atak, tak? Skoro zdarzył się raz, zdarzy się również drugi. A co jeśli będzie bardziej dopracowany i faktycznie coś mi się stanie poważnego? To niebezpieczne, narażam własne życie, w imię czego? Tak nie może być.
– Nathan –  chciałam zwrócić jego uwagę.
– Hm? - Mruknął w moją stronę, dzięki czemu kontynuowałam.
– Wracam do domu
Chłopak spojrzał na mnie automatycznie z powagą na twarzy.
–  Co?
– Wracam do domu – powtórzyłam bardziej pewnym głosem.
– Nie ma mowy. Nigdzie nie wracasz
– Nathan. Ja oznajmiam, nie pytam
– Joe, oni cie zabiją
– Potrafię już co nie co i jestem w stanie się obronić
– Nie wątpię, ale nie przesadzaj
– Wracam. Tym bardziej, że rodzice wracają niedługo. Nie mogę tu zostać  –  Nathan wydał się zamyślony, lecz słowem się nie odezwał. 
– Nathan chciałbyś żyć w miejscu, gdzie każdy na ciebie poluje? Wszyscy są rządni twojej krwi? Cieszę się,  że zostałam wybrana, lecz ja pasuje.
Chłopak spojrzał na mnie smutno. Można było ujrzeć w jego oczach błysk zawiedzenia moją osobą. Zblizylam się do niego i wciąż patrzyłam mu ze skupieniem w oczy. Nathan zbliżył nasze twarzy, po czym przymknął powieki i delikatnie mnie pocałował. Nie ukrywam, że byłam zaskoczona jego poczynaniami, lecz również zatraciłam się w tym geście. Jego ręce dotykały mojej szyi, natomiast moje wpletlam w jego włosy. Czas jakby zwolnił na ten moment, a powrócił dopiero gdy oderwaliśmy się od siebie. Przez chwilę jeszcze milczeliśmy, lecz musiałam przerwać ciszę między nami.
– Muszę iść – powiedziałam spuszczając wzrok. Nathan nie odezwał się jedynie, ledwo zauważalnie, pokiwał głową. Gdy zauważyłam, że nie jest zbyt rozmowny, postanowiłam wstać. Chwyciłam mój telefon, gdyż to jedyna moja własność w tym mieszkaniu i udałam się do wyjścia. Chłopak był na tyle zdziwiony tą sytuacją, że nawet nie odprowadził mnie do drzwi, nie mówiąc już o przejściu. Oczywiście nie mam mu tego za złe, jedynie ukłuło mnie w sercu na myśl o zestawieniu go. Niestety muszę. Nie mogę narażać własnego życia,  które jest dla mnie cenne.

~*~

Szłam samotnie przez znany mi już las. Był dzień, dlatego nie bałam się. Wszystkie stworzenia mroku ujawniają się za nocy, rzadko kiedy grasują w dzień,  gdyż to zaprzecza zawartej zasadzie. Mijając rosnące drzewa, rozmyślałam o tych wszystkich ludziach, których życie jest zagrożone. Nie chce tego, ale co ja mogę zrobić? Wątpię, że byłabym w stanie uratować cały ten świat. Jestem zwykłym człowiekiem, w porównaniu do tutejszych istot. Gdyby wszyscy się zjednoczyli to by pokonali każde zło czyhające na nich. Nie jestem im do niczego potrzebna.
Znalazłam przejście, które jest mi tak bardzo potrzebne i bez większych problemów przez nie przeszłam. Oślepiło mnie światło, nagle zrobiło mi się ciepło. Wszystko to trwało jedynie chwile, ponieważ już znalazłam się z powrotem w lesie,  lecz już w moim świecie. Spojrzałam na przejście,  nie każdy jest w stanie je dostrzec. Zobaczą je jedynie ci, którzy wierzą w nadprzyrodzone istoty lub w obecności kogoś z tamtego świata.

~*~

Trafiłam bez problemu do swojego domu,  po czym otworzyłam drzwi i spostrzegłam, że nikogo nie ma. Spojrzałam na telefon, do szkoły już nie zdążę. Przebrałam się w wygodny dres i postanowiłam pobiegać. Kiedyś to lubiłam,  lecz przez dłuższą nieobecność w sporcie, spadła mi znacznie kondycja. Zamknęłam dom i wyszłam z posesji,  po czym włożyłam do uszu słuchawki i ruszyłam w drogę. Moje nogi poruszały się w rytm znanych mi melodii.

piątek, 9 czerwca 2017

Rozdział 26

   Od tego feralnego dnia minęło już kilka dni. W tym czasie ludzie zaczęli znów zachowywać się normalnie, nikt nie zwraca na mnie większej uwagi, z czego jestem zadowolona. Także rodzice wreszcie wrócili, więc miałam sporo pracy.
– Córciu, chodź pomożesz mi zrobić obiad – usłyszałam głos mojej mamy, na co automatycznie zjawiłam się w kuchni.
– Oczywiście – zgodziłam się, nie wyobrażam sobie nie pomóc własnej rodzicielce, co prawda nie bardzo mogę używać tych słów, jednak nie przejmuję się tym. To ta kobieta mnie adoptowała i wychowała, więc jest dla mnie jak rodzona mama.
– Obierz ziemniaki i nastaw, dobrze? – pokiwałam jedynie głową na znak zgody i zabrałam się do pracy.
– Co tam u ciebie, Joe? – zagadała kobieta spoglądając na mnie.
– Dobrze, mamo – odpowiedziałam bez namysłu.
– Oj skarbie, poznałaś już jakiegoś chłopaka? – zaskoczyło mnie jej pytanie, nigdy wcześniej mnie nie pytała o takie rzeczy.
– Mamo, co to za pytanie?
– Normalne, jesteś już dorosła.
– Nie, mamo. Nie mam jeszcze chłopaka. Sądzę, że mam jeszcze na to czas. – wytłumaczyłam spokojnie.
– Ja w twoim wieku...
– Spokojnie, starą panną nie zostanę.
– No ja myślę – zaśmiała się wesoło mama. – liczę na wnuki.
– Będziesz babcią, będziesz – również zaśmiałam się. – wpadnie dzisiaj do mnie Amber na noc – poinformowałam ją, tym samym zmieniając temat.
– Dobrze, dawno już jej nie widziałam – uśmiechnęłam się do niej promiennie.

Rozmawiałam z mamą sporo czasu, potem przyłączył się także tata i razem dyskutowaliśmy o nieistotnych sprawach. Wieczorem przyszła Amber i razem poszłyśmy do mojego pokoju. 
— Zauważyłaś, że ostatnio wszyscy na ciebie dziwnie patrzyli? — zagadała przyjaciółka.
— Serio? Nie zauważyłam — nie no coś ty, oczywiście, że nie. 
— No tak. Dzieje się tak od tamtej imprezy — powiedziałam zdziwiona — jak mogłaś tego nie dostrzec?
— Nie zwracam uwagi na ludzi — odpowiedziałam bez namysłu. 
— Co się wtedy stało? 
— Wyciągnęłam Marię z ognia, przecież widziałaś — ten temat jest dla mnie niezręczny, dlatego staram się jak najszybciej go zakończyć. — chodź, obejrzymy coś — zaproponowałam zmieniając temat. Dosięgnęłam mojego laptopa, który leżał na biurku i włączyłam go.
– Dawaj jakieś zwiastuny, wybierzemy coś – rozkazała Amber i ułożyła się wygodnie na łóżku. Gdy ekran się rozjaśnił, wpisałam hasło i znów odczekałam chwilę. Następnie włączyłam przeglądarkę, a potem youtube i wpisałam wspominany tekst. Kliknęłam w pierwszy lepszy film. "Paranoja"
– Oglądamy? – spytałam, gdy materiał zapowiadający dzieło skończył się.
– Możemy – dziewczyna zrobiła obojętną minę, ale nie zaprzeczyła. Znalazłam cały film i włączyłam go. Film opowiada o losach szantażowanego, przez swojego szefa, młodego chłopak. W końcu zostaje on zmuszony do szpiegowania konkurencyjnej spółki.

Oglądałyśmy film w skupieniu, czasem zdarzyło się skomentować pewne sceny, lecz to rzadkość.
– I bardzo dobrze! – odezwała się Amber, gdy w jeden z scen Adam Cassidy, czyli główny aktor, oszukał szefa firmy i skonstruował urządzenie, które po wyjęciu baterii, wciąż działa. Sama także przytaknęłam na słowa dziewczyny.
– Trzeba mieć głowę, żeby potrafić stworzyć takie cudeńka – powiedziałam wręcz zachwycona jego umiejętnościami.
– Dokładnie, mało kto umie takie rzeczy.
– Chciałabym być tak genialna – zaśmiałam się pod nosem.
– Oj, Joe. Ty i bez tego jesteś genialna – powiedziała przyjaciółka, a mnie zrobiło się ciepło na sercu. Uśmiechnęłam się do niej, po czym odpowiedziałam.
– Jesteś kochana – wróciłyśmy do oglądania już końcówki filmu. Uwielbiam filmy akcji, a także kryminały i inne tego typu dzieła. Bardzo się wciągam w zaistniałe sytuacje, a nawet wyobrażam sobie, gdybym to ja miała takie życie.
– Dobry był – skomentowała Amber, gdy film dobiegł końca, a na ekranie pojawiły się napisy końcowe.
– No był, był – zgodziłam się z nią. – Idziemy do sklepu?
– Po co? – zapytała zdziwiona przyjaciółka.
– Mam ochotę na czekoladę – uśmiechnęłam się promiennie do niej i zrobiłam maślane oczka.
– Eh, no dobra.
Zamknęłam laptopa, nie wyłączając go. Często tak robię, gdy nie jestem pewna, czy to koniec mojej pracy na nim. Zeszłyśmy na dół, po drodze poinformowałam mamę, że wychodzimy. Gdy otworzyłam drzwi wejściowe, buchnęło we mnie chłodnym powietrzem. Na ciele automatycznie wyszła mi gęsia skórka.
– Jesteś pewna, że chcesz iść? – zapytała Amber, gdy sama odczuła minusową temperaturę.
– Zimno jest, ale mam większą ochotę na czekoladę – oznajmiłam zawzięcie i ruszyłam przed siebie. – Idziesz? – zapytałam, gdy zauważyłam, że dziewczyna nadal stoi w miejscu. Dopiero po moich słowach ocknęła się i ruszyła za mną zgrzytając zębami. – Ej! Nie jest tak źle – uśmiechnęłam się, pomimo tego, że sama zamarzałam. Na zewnątrz zdążyło już się ściemnić, przez co widoczność była kiepska, tym bardziej, że panowała mgła. Amber dogoniła mnie i dalej szłyśmy w stronę sklepu. Z czasem robiło mi się coraz cieplej, pewnie to przez pośpieszne tempo jakim szłyśmy. Droga nie trwała długo i już po piętnastu minutach byłyśmy na miejscu. Gdy weszłyśmy do środka ogarnęła nas fala ciepła. 
– Tylko czekoladę? – zagadała przyjaciółka, gdy wybrałyśmy słodycz. 
– Ja nie chcę nic innego – przytaknęłam na jej wcześniej słowa, po czym ona także nie zdecydowała się na nic. Amber jak zwykle podążyła na dział czasopism, gdy ja w tym czasie udałam się do kasy. 
– Joe! Słyszałaś, że Selena Gomez będzie u nas?! – spytała podekscytowana Amber. Od zawsze byłyśmy jej wiernymi fankami. Zapłaciłam, gdyż nadeszła moja kolej. 
– Kiedy? – spytałam biorąc paragon. Nie jest mi on potrzebny, lecz z kultury wzięłam. 
– Drugiego marca – odpowiedziała spoglądając na gazetę. 
– Jeszcze sporo czasu – stwierdziłam zamyślona. Jest dopiero końcówka stycznia. 
– Tak, wiem. Jeszcze serio dużo czasu, ale jednak bilety trzeba już kupować – powiedziała dziewczyna odkładając czasopismo. Wyszłyśmy ze sklepu i z powrotem nabrałyśmy kurs na mój dom. 
– Możemy iść – odpowiedziałam po namyśleniu. Na szczęście mam elastyczny grafik, bo przecież co mogę robić ważnego?  Nie jestem superbohaterem, który żyje w ciągłym niebezpieczeństwie ratując cały świat. Zaśmiałam się w duchu na to stwierdzenie. 
– Jeju, byłabym taka szczęśliwa – rozmarzyła się dziewczyna, ona pewnie myślami już dawno jest na tym koncercie.
– Wiem o tym – odparłam spoglądając w bok. – Kurde, chce mi się siku – powiedziałam zgodnie z prawdą.
– To idź w krzaki – zaproponowała przyjaciółka, spojrzałam we wskazanym kierunku. – Dobra. Czekaj tu.
Nie mogłam już wytrzymać. Dałam Amber czekoladę, którą trzymałam cały czas w ręce. Ruszyłam w kierunku małego lasku, jest już ciemno, więc nie martwię się, że ktoś mnie zauważy. Weszłam nieco głębiej, tak dla bezpieczeństwa. Kucnęłam i załatwiłam potrzebę. Nie trwało to długo na moje szczęście, ponieważ jest zimno, a ja niestety szybko łapie choroby. Poprawiłam się i skierowałam się w stronę drogi głównej. Nagle dobiegł mnie przeraźliwy krzyk Amber. Automatycznie pobiegłam tam, skąd dochodził głos. To co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze myśli. Moja kochana przyjaciółka stała w kręgu płomieni. Znowu to samo, ja nie wiem o co z tym wszystkim, ale niech to się już skończy. Co im wszystkim takiego złego zrobiłam? Rozejrzałam się uważnie. W oddali dostrzegłam trzy postacie, stosunkowo oddalone od siebie. Wiedzieli, że na nich patrzyłam. Chciałam iść w ich stronę, lecz nie mogłam. Moja przyjaciółka jest dla mnie ważniejsza. 
– Spokojnie – powiedziałam w stronę dziewczyny. – Zamknij oczy 
– Co? – Amber wydawała się nieźle zaskoczona moją prośbą. 
– Zamknij oczy – powtórzyłam, a dziewczyna bez dalszych słów zrobiła to. Stanęłam przed kręgiem. Nie wiem skąd we mnie taka pewność siebie, ale czuję to. Czuję, że mogę to zrobić. Wyciągnęłam dłonie przed siebie. Musiałam się skupić na mojej roli, inaczej nic z tego nie wyjdzie. Przyjaciółka, która jest w niebezpieczeństwie jest dla mnie niezwykle ważna, dlatego nie miałam problemów z równowagą umysłową. Nawet nie zdałam sobie sprawy z tego, że to już się dzieje. Po moich dłoniach przeszedł maleńki prąd, czułam napięcie. Otworzyłam delikatnie oczy i zauważyłam, że powstało przejść, wyjście z strefy ognia. Weszłam powoli do środka i chwyciłam Amber za rękę. Wyprowadziłam ją z kręgu, po czym pozwoliłam otworzyć oczy. Dziewczyna była zszokowana, nie miała pojęcia co się właściwie stało. 
– Wszystko dobrze? – zapytałam z troską. 
– Co tu się stało? – spytała z szeroko otwartymi oczyma. 
– Nie wiem – odpowiedziałam niepewnie, lecz 
dodałam. – Pewnie jakieś gnojki zrobiły sobie żarty. 
– Nikogo nie widziałam – odparła zamyślona.
– Wracajmy.
– Wiesz... Chyba jednak wrócę do domu – powiedziała nagle przyjaciółka. Wcale jej się nie dziwię. To dla niej spore przeżycie. 
– odprowadzę cię – przytaknęłam, tym samym proponując. Nie chce żeby sama chodziła wieczorami. Ja sobie dam radę w większości przypadków, a ona nie.

Na zewnątrz już całkiem się ściemniło, gdy dotarłyśmy pod dom przyjaciółki. Dziewczyna wciąż wydaje się zestresowana wcześniejszym wydarzeniem, aczkolwiek stara się to ukryć. Mam myśli, że powinnam powiedzieć jej prawdę o sobie. Boję się jak zareaguje na te wieści. Niecodziennie słyszy się takie nowiny, dlatego może to być dla niej jednak zbyt zaskakujące. Poczekam z tym jeszcze, ale powiem jej w końcu. Jest moją przyjaciółką i należy jej się prawda. Ufam jej i wiem, że nikomu nie powie.
– Uważaj na siebie – powiedziała Amber, gdy żegnałyśmy się. Uśmiechnęłam się smutno.
– To lepiej ty uważaj – pouczyłam ją, martwię się o jej bezpieczeństwo. Przyjaciółka przytuliła mnie mocno do siebie.
– Obie będziemy uważać – brzmiało to jak prośba. – Późno już, lepiej wracaj.
– Tak, wiem – przytaknęłam jej i znów przytuliłam, tym razem na pożegnanie. Zawsze tak robimy. – Idę. Trzymaj się – powiedziałam i cofnęłam się o krok, na potwierdzenie moich słów.
– Cześć! – odparła Amber i poszła w stronę drzwi wejściowych.
– Zamknij drzwi na klucz – poprosiłam ją, gdy jeszcze była na zewnątrz. Tylko przytaknęła, nic nie mówiąc. Weszłam do środka, a ja ruszyłam do swojego domu. Mam już dość wrażeń na dziś. 

piątek, 2 czerwca 2017

Rozdział 21

Nathan

Nie wiedziałem co się dzieje. Jest już godzina druga w nocy, a oni wciąż nie wrócili. W geście desperacji, wyjąłem telefon z kieszeni i wybrałem numer mojego kumpla, wampira. Nienawidzę tej bandy krwiopijców, ale nie mam wyjścia. Stefan znalazł się u mnie w ciągu kilku minut.
– Joe zniknęła – zacząłem, gdy mężczyzna spojrzał na mnie. – nie mam pojęcia gdzie ona jest i dlatego potrzebuje twojej pomocy.
– Chcesz żebym ją znalazł? – przeszedł od razu do rzeczy.
– Tak.
– Dobra, pomogę ci – wiem, że zawsze mogę liczyć na jego pomoc. – wrócę do reszty i popytam. Każe im szukać Melisy, dopóki nie znajdą.
– Dzięki, to dla mnie ważne – powiedziałem, a znajomego już nie było. Mam nadzieje, że szybko się znajdzie.

Michael

Joe już chwile temu zasnęła, co dziwne wtulona we mnie. Widocznie aż tak się bała, bo nie wierzę żeby bez powodu to zrobiła. W tym momencie przerywamy nasz akt zło wrogości do siebie i staramy się wspólnie wydostać z tego miejsca. Wstałem z ziemi, delikatnie odsuwając ciało dziewczyny ode mnie tak, aby się nie obchodziła. Wyjąłem telefon i znów szukałem zasięgu, lecz oczywiście nigdzie tu go nie znajdę. Zdenerwowałem się i to poważnie. Kurwa musi być stąd jakieś wyście. Tak, wiem nie powinienem przeklinać, ale nerwy nie pozwalają mi na kulturalne słownictwo. Jest środek nocy, a my jesteśmy nie wiadomo gdzie i nawet nie ma stąd racjonalnego wyjścia. Po prostu idealnie.

Nathan

Czuje się w tym momencie bezradny, no bo co ja mogę tu zrobić?  Jak mogę pomóc?  Nagle moje rozmyślania przerwał dzwoniący telefon, automatycznie odebrałem.
– Wiemy już gdzie są – usłyszałem głos Stefana, na co poczułem ulgę. – jedyny problem tkwi w tym, że nie wiemy jak ich wydostać.
– To gdzie oni są? – zdziwiłem się.
– Wpadli w przepaść. Zapewne był to atak, nie możliwe żeby Michael był aż tak beznadziejnym kierowcą.
–  Co?  Jak to przepaść? Żyją? Co z Joe?
– Wyluzuj. Wszystko z nimi dobrze.
– Dobra, już tam jadę – Stefan podał mi dokładne namiary, dzięki czemu trafiłem bez problemu. Faktycznie ciężka sprawa. Przepaść była głęboka, nawet nie widać dna.
– Skąd wiesz, że akurat tam są?
– Czuje zapach Melisy. – wyjaśnił, na co przytaknąłem. – Jakiś plan?
– Nie wiemy jaką to ma głębokość – powiedział inny wampir, którego imienia nie znam.
–  Nie możecie tam wskoczyć po prostu i ich wyciągnąć?
–  To niebezpieczne –  zaprotestował ten sam wampir.
– Jesteście wampirami – nie rozumiem ich zachowania, przecież teoretycznie są nieśmiertelni.
– Zrobię to – powiedział Stefan, po czym zbliżył się do krawędzi i nie wiele myśląc zwyczajnie tam wskoczył. Oby tylko Joe nic nie było.

Michael

Chodziłem po terenie jaki był mi dany i obserwowałem wszystko dookoła w poszukiwaniu jakiejkolwiek drogi ucieczki, gdy nagle ujrzałem osobę za sobą. Automatycznie odwróciłem się i zobaczyłem wampira. Skąd wiem, że to wampir? Jestem w stanie go wyczuć.
– Czego chcesz?
– Zabrać was stąd.
– Jasne, a potem co? Zjeść?
– Stary uspokój się. Nathan czeka u góry.
Wtedy dotarło do mnie, że on mówi poważnie. Spojrzałem na śpiącą dziewczynę.
–  Weź najpierw ją – pokierowałem go. – nie obudź jej.
Wampir wziął dziewczynę w stylu panny młodej, wszystko robił delikatnie. Tak, aby jej nie obudzić.

Nathan

Stałem tam oparty o swój samochód, czułem ze nerwy buzują we mnie. Nagle dostrzegłem Stefana niosącego Joe na rękach. Pierwsze moje myśli, to że coś jej się stało, dlatego podszedłem do niego w szybkim tempie. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że ona tylko śpi. Ułożyło mi. Wziąłem od niego dziewczynę i skierowałem się do samochodu, po czym położyłem ja delikatnie na siedzeniu. Po chwili i wydostał Michaela, również podszedłem do niego.
– Co to ma być? – spytałem z wyczuwalnym wyrzutem.
– Auto w nas wjechało – powiedział sucho. – zwijajmy się, późno już.
– Dobra

Rozdział 25

     Rano obudziły mnie promienie słoneczne. Ehh, znów nie zasłoniłam rolet, dzięki czemu miałam słońce nad głową, dosłownie. Przeciągnęłam się niezbyt atrakcyjne, nie wyspałam się. W mojej głowie ciągle krążyły myśli na temat wczorajszego zdarzenia. Zastanawia mnie jak to możliwe, że nikt nie ujrzał mojego czynu. Spojrzałam nieumyślnie na zegar wiszący nad drzwiami. Siódma czterdzieści osiem. Czy ja zawsze muszę być spóźniona?
W pośpiechu ubrałam się i chwyciłam spakowaną torbę, po czym wyszłam z domu. Gdy znalazłam się na głównej ulicy, dostrzegłam w oddali zbliżający się autobus. Podbiegłam na przystanek i zdyszana usiadłam na ławce. Nie było nikogo w tym miejscu, gdyż dzisiejsza pogoda jest nadzwyczaj piękna, dlatego rzadko kto jeździ komunikacją. Większość wybiera spacer. Sama pewnie też bym wybrała tę opcję, aczkolwiek nie mam wyjścia w tym momencie. Zdążyłam odpocząć do przyjazdu autobusu, przez co nie wyglądałam już jak zdyszany pies po bieganiu.
Jazda trwała około dwudziestu minut, a do szkoły dotarłam spóźniona. Tak jak zresztą myślałam. Lekcje trwają już od piętnastu minut, co oznacza, że szykuje się opieprz. Weszłam do sali, która znajdowała się na drugim piętrze
– Panna Joe – westchnął pan Cromwell. – kolejny raz spóźniona – skomentował spoglądając na mnie. – jakie masz wytłumaczenie?
Nie byłam przygotowana na jego pytanie, dlatego powiedziałam pierwsze co przyszło mi do głowy.
– Autobus mi uciekł – nauczyciel ponownie wziął głębszy wdech.
– Siadaj do ławki – zakończył nasz dialog, a ja udałam się do mojego stałego miejsca. Zauważyłam, że mężczyzna robi coś przy komputerze. Zapewne poprawia mi obecność, przynajmniej mam taką nadzieję.
Nie mogłam się skupić na lekcji, cały czas miałam wrażenie, że ktoś o mnie rozmawia. Dziewczyny przede mną ciągle odwracały się w moją stronę, a chwile później zagłębiały w emocjonalnej wymianie zdań. Czułam się dziwnie, nie sądzę, aby ktokolwiek czuł się dobrze w takiej sytuacji.
Lekcje dobiegły końca, a ja mogłam wreszcie odpocząć. Zima choć zapowiadała się mroźna, wcale taka nie jest, bynajmniej teraz. Co prawda śnieg lekko prószy, lecz przy tym czasem pojawi się także słońce. Szłam przepełnionym, szkolnym korytarzem w stronę wyjścia, po drodze szukając przyjaciółki. Nie uszły mi uwadze spojrzenia skierowane w moją osobę. O co chodzi tym wszystkim ludziom? Dlaczego oni tak się patrzą na mnie? Przecież to nie możliwe, żeby widzieli wczorajsze zajście. Ta sytuacja przyprawiała mnie o zawroty głowy. Nie zważając na Amber opuściłam budynek. Potrzebuje zrelaksować się. Po chwili namyśleń postanowiłam udać się w moje ulubione miejsce za czasów bycia normalną. Dawno nie odwiedzałam tego miejsca, zwyczajnie nie miałam czasu. Wychodząc za ogrodzenie oddzielające szkołę skręciłam w mały park, aby skrócić sobie drogę. Mijałam puste ławki, gdzie nie gdzie, pokryte śniegiem. Nie zwalniając podążałam wciąż swoją wyznaczoną trasą. Na szczęście chodnik był w tym miejscu do połowy odśnieżony, dzięki czemu spokojnie mogłam przejść. Droga nie trwała długo, gdyż to wcale nie tak daleko od mojej szkoły. Po kilku minutach byłam już prawie na miejscu. Znajdowałam się przed rzeką, szkoda tylko, że aby dojść do naszej ławki, należy przejść przez tonę śniegu. Jak się okazało w tej okolicy biały puch wciąż dominował i to w dużych ilościach. No cóż, raz się żyję. Nie przejmując się śniegiem, ruszyłam w dalszą drogę. Gdy dotarłam wreszcie na "moją" ławkę, otrzepałam ją ze śniegu i usiadłam. Tak, wiem, to nie za mądry pomysł, aczkolwiek nie zwracałam na to uwagę w tym momencie. Moje buty już dawno przemokły, a razem z nimi skarpetki. Na niebie pojawiły się prześwity słońca na co się uśmiechnęłam. Lubię spędzać czas osamotniona, mam wtedy chwilę na przemyślenia. Ciekawe co u rodziców, dawno już nie miałam z nimi kontaktu. Szczerze tęsknie za nimi. Pomimo tego, że więcej ich nie ma niż są, to jednak kocham ich i na prawdę brakuję mi ich obecności. Miałam myśl, aby napisać do nich, jednak rozmyśliłam się. Nie chcę im przeszkadzać, pojechali tam w sprawach biznesowych, a nie wakacji, dlatego wolę, aby sami się odezwali.  Spojrzałam w nurt rzeki, płynie wolno, spokojnie... tak beztrosko. Zastanawia mnie co się dzieje z tamtym światem, czy radzą sobie jakoś. Musza, przecież ja nie jestem w stanie im pomóc. Jestem zwykłym człowiekiem, nie mam nic wspólnego z nimi. 
A moce? – odezwała się moja podświadomość. Ma rację. Posiadam nadludzkie zdolności, których nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć. Moje życie, jest takie pokręcone. Nie wiem co mam robić, jestem zagubiona. Uciekłam stamtąd w obawie przed klęską, aczkolwiek oni mnie potrzebują... nie. Nie, Joe, oni spokojnie dadzą sobie radę bez ciebie. Mieszkają tam tak samo zdolne istoty jak ja, a nawet jeszcze lepsze, ponieważ mają już opanowane swoje zdolności, Na pewno sobie poradzą. 

Nagle dobiegł mnie szmer za plecami, dlatego odwróciłam się. Uważnie zbadałam teren, aczkolwiek nikogo nie zauważyłam. Na śniegu także nie było śladów. Może mi się przesłyszało. Zrobiło się chłodno, dlatego pora wracać. Wstałam z zimnej już ławki i otrzepałam się. Rozejrzałam się raz jeszcze, ale rezultat był taki sam. No cóż, widocznie faktycznie nikogo tu nie ma, prócz mnie, a mój słuch już zawodzi.