piątek, 2 czerwca 2017

Rozdział 25

     Rano obudziły mnie promienie słoneczne. Ehh, znów nie zasłoniłam rolet, dzięki czemu miałam słońce nad głową, dosłownie. Przeciągnęłam się niezbyt atrakcyjne, nie wyspałam się. W mojej głowie ciągle krążyły myśli na temat wczorajszego zdarzenia. Zastanawia mnie jak to możliwe, że nikt nie ujrzał mojego czynu. Spojrzałam nieumyślnie na zegar wiszący nad drzwiami. Siódma czterdzieści osiem. Czy ja zawsze muszę być spóźniona?
W pośpiechu ubrałam się i chwyciłam spakowaną torbę, po czym wyszłam z domu. Gdy znalazłam się na głównej ulicy, dostrzegłam w oddali zbliżający się autobus. Podbiegłam na przystanek i zdyszana usiadłam na ławce. Nie było nikogo w tym miejscu, gdyż dzisiejsza pogoda jest nadzwyczaj piękna, dlatego rzadko kto jeździ komunikacją. Większość wybiera spacer. Sama pewnie też bym wybrała tę opcję, aczkolwiek nie mam wyjścia w tym momencie. Zdążyłam odpocząć do przyjazdu autobusu, przez co nie wyglądałam już jak zdyszany pies po bieganiu.
Jazda trwała około dwudziestu minut, a do szkoły dotarłam spóźniona. Tak jak zresztą myślałam. Lekcje trwają już od piętnastu minut, co oznacza, że szykuje się opieprz. Weszłam do sali, która znajdowała się na drugim piętrze
– Panna Joe – westchnął pan Cromwell. – kolejny raz spóźniona – skomentował spoglądając na mnie. – jakie masz wytłumaczenie?
Nie byłam przygotowana na jego pytanie, dlatego powiedziałam pierwsze co przyszło mi do głowy.
– Autobus mi uciekł – nauczyciel ponownie wziął głębszy wdech.
– Siadaj do ławki – zakończył nasz dialog, a ja udałam się do mojego stałego miejsca. Zauważyłam, że mężczyzna robi coś przy komputerze. Zapewne poprawia mi obecność, przynajmniej mam taką nadzieję.
Nie mogłam się skupić na lekcji, cały czas miałam wrażenie, że ktoś o mnie rozmawia. Dziewczyny przede mną ciągle odwracały się w moją stronę, a chwile później zagłębiały w emocjonalnej wymianie zdań. Czułam się dziwnie, nie sądzę, aby ktokolwiek czuł się dobrze w takiej sytuacji.
Lekcje dobiegły końca, a ja mogłam wreszcie odpocząć. Zima choć zapowiadała się mroźna, wcale taka nie jest, bynajmniej teraz. Co prawda śnieg lekko prószy, lecz przy tym czasem pojawi się także słońce. Szłam przepełnionym, szkolnym korytarzem w stronę wyjścia, po drodze szukając przyjaciółki. Nie uszły mi uwadze spojrzenia skierowane w moją osobę. O co chodzi tym wszystkim ludziom? Dlaczego oni tak się patrzą na mnie? Przecież to nie możliwe, żeby widzieli wczorajsze zajście. Ta sytuacja przyprawiała mnie o zawroty głowy. Nie zważając na Amber opuściłam budynek. Potrzebuje zrelaksować się. Po chwili namyśleń postanowiłam udać się w moje ulubione miejsce za czasów bycia normalną. Dawno nie odwiedzałam tego miejsca, zwyczajnie nie miałam czasu. Wychodząc za ogrodzenie oddzielające szkołę skręciłam w mały park, aby skrócić sobie drogę. Mijałam puste ławki, gdzie nie gdzie, pokryte śniegiem. Nie zwalniając podążałam wciąż swoją wyznaczoną trasą. Na szczęście chodnik był w tym miejscu do połowy odśnieżony, dzięki czemu spokojnie mogłam przejść. Droga nie trwała długo, gdyż to wcale nie tak daleko od mojej szkoły. Po kilku minutach byłam już prawie na miejscu. Znajdowałam się przed rzeką, szkoda tylko, że aby dojść do naszej ławki, należy przejść przez tonę śniegu. Jak się okazało w tej okolicy biały puch wciąż dominował i to w dużych ilościach. No cóż, raz się żyję. Nie przejmując się śniegiem, ruszyłam w dalszą drogę. Gdy dotarłam wreszcie na "moją" ławkę, otrzepałam ją ze śniegu i usiadłam. Tak, wiem, to nie za mądry pomysł, aczkolwiek nie zwracałam na to uwagę w tym momencie. Moje buty już dawno przemokły, a razem z nimi skarpetki. Na niebie pojawiły się prześwity słońca na co się uśmiechnęłam. Lubię spędzać czas osamotniona, mam wtedy chwilę na przemyślenia. Ciekawe co u rodziców, dawno już nie miałam z nimi kontaktu. Szczerze tęsknie za nimi. Pomimo tego, że więcej ich nie ma niż są, to jednak kocham ich i na prawdę brakuję mi ich obecności. Miałam myśl, aby napisać do nich, jednak rozmyśliłam się. Nie chcę im przeszkadzać, pojechali tam w sprawach biznesowych, a nie wakacji, dlatego wolę, aby sami się odezwali.  Spojrzałam w nurt rzeki, płynie wolno, spokojnie... tak beztrosko. Zastanawia mnie co się dzieje z tamtym światem, czy radzą sobie jakoś. Musza, przecież ja nie jestem w stanie im pomóc. Jestem zwykłym człowiekiem, nie mam nic wspólnego z nimi. 
A moce? – odezwała się moja podświadomość. Ma rację. Posiadam nadludzkie zdolności, których nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć. Moje życie, jest takie pokręcone. Nie wiem co mam robić, jestem zagubiona. Uciekłam stamtąd w obawie przed klęską, aczkolwiek oni mnie potrzebują... nie. Nie, Joe, oni spokojnie dadzą sobie radę bez ciebie. Mieszkają tam tak samo zdolne istoty jak ja, a nawet jeszcze lepsze, ponieważ mają już opanowane swoje zdolności, Na pewno sobie poradzą. 

Nagle dobiegł mnie szmer za plecami, dlatego odwróciłam się. Uważnie zbadałam teren, aczkolwiek nikogo nie zauważyłam. Na śniegu także nie było śladów. Może mi się przesłyszało. Zrobiło się chłodno, dlatego pora wracać. Wstałam z zimnej już ławki i otrzepałam się. Rozejrzałam się raz jeszcze, ale rezultat był taki sam. No cóż, widocznie faktycznie nikogo tu nie ma, prócz mnie, a mój słuch już zawodzi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz